Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Wrzesień 2017

 

     Opozycja najpierw krzyczy o zamachu na prawa człowieka, a kiedy przychodzi ich bronić, to wyjeżdża na weekend do domu
wpis z dnia 20/09/2017

 

Oto prawdziwy obraz beznadziei totalnej opozycji w Polsce. Miesiącami krzyczą, że PiS łamie demokrację i prawa obywatelskie. Straszą totalitaryzmem, represjami i prześladowaniami. Kiedy jednak w piątek popołudniu Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) przyjeżdża do Sejmu, aby porozmawiać na ten temat, to oni wolą jechać do domu na weekend. Z ponad 180 posłów totalnej na wystąpieniu RPO zdecydowało się pozostać raptem kilku. I właśnie dlatego PiS w parlamencie może dziś robić wszystko, co tylko zapragnie. Wiedzą bowiem, że nie mają żadnego przeciwnika.

W ostatni piątek popołudniu Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO), przedstawił w Sejmie raport o stanie przestrzegania praw człowieka w Polsce. Wydawałoby się, że tematyka tego raportu powinna szczególnie zainteresować opozycję. Wszak od miesięcy jej przedstawiciele krzyczą, że PiS łamie podstawowe swobody obywatelski. 

Co się okazuje w rzeczywistości? Wystąpienie Bodnara słucha 9 pracowników biura RPO i zaledwie 11 posłów, z czego opozycję reprezentuje 9. Co się stało z resztą? Dlaczego nie słuchali wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich i nie uczestniczyli w debacie? Przecież o tej porze (godz. 16:00) w piątek nie było już posiedzeń komisji sejmowych, ani innych wydarzeń, które mogły odciągnąć parlamentarzystów od udziału w debacie.

O ile nieobecność posłów PiS nie powinna nas dziwić (przedstawiciele tej partii otwarcie domagają się dymisji Bodnara), o tyle przyczyna nieobecności posłów opozycji wydaje się być szokująca. Otóż zamiast słuchać informacji na temat przestrzegania praw człowieka w Polsce, woleli oni wyjechać szybciej do domu na weekend (!).

Powyższa sytuacja dobitnie ukazuje obraz słabości i beznadziei reprezentowanej obecnie przez totalną opozycję. Z tego, iż miesiącami krzyczą o "zamachu na demokrację", o "ograniczaniu praw i wolności obywatelskich", o "upadku państwa prawa" nie wynika zupełnie nic. Widać to szczególnie, kiedy chęć szybszego powrotu do domu na weekend wygrywa z poświęceniem się dla rzekomo traconych wolności, swobód i demokracji. 

 

Stąd już prosty wniosek, że żadne wolności nie są ograniczane, a narracja jakoby działania PiS miały być zagrożeniem dla demokracji i swobód obywatelskich, jest wymysłem ukutym na potrzeby politycznej walki.

 

Źródło: PiS zastawiło skuteczne sidła na opozycję. "Wiedziałam, że z tego będzie afera" (Wp.pl)

wpis z dnia 20/09/2017

      



    

     Skoro Polska zrzekła się reparacji w 1953 roku, to dlaczego Kohl panicznie się ich bał jeszcze w 1990?
wpis z dnia 19/09/2017

 

Kanclerz Niemiec Helmut Kohl panicznie bał się podniesienia przez Polskę tematu reparacji za II wojnę światową. Na szczęście dla siebie (i Niemiec) w 1990 roku trafił na amatorów po stronie polskiej. Sprytny (i skuteczny!) szantaż zastosowany wobec Mazowieckiego (uznanie granicy na Odrze i Nysie w zamian za niepodnoszenie tematu reparacji, mimo iż obu kwestii z prawnego punktu widzenia nie można było ze sobą wiązać) spowodował, że uzyskanie pieniędzy od rządu w Berlinie będzie dziś niezwykle trudne, by nie powiedzieć - niemożliwe. 

Przypomnijmy - 23 stycznia 1953 r. marionetkowy rząd Bolesława Bieruta wydał formalne oświadczenie o zrzeczeniu się reparacji wojennych od Niemiec. Rząd RFN od samego początku zdawał sobie sprawę, że oświadczenie to - z uwagi na fakt, iż zostało wydane pod przymusem ZSRR - będzie mogło być podważone. Dyktat ZSRR naruszał bowiem suwerenność państwa polskiego oraz stawiał ówczesny rząd PRL w pozycji nierównoprawnego partnera stosunków międzynarodowych.

Niemcy potrzebowały dodatkowego potwierdzenia zrzeczenia się roszczeń reparacyjnych przez Polskę. Okazja ku temu nadarzyła się dopiero w 1990 roku, w związku ze zjednoczeniem RFN i NRD. Na arenie międzynarodowej trwały wówczas wielostronne konsultacje na temat politycznych aspektów zjednoczenia, przynależności zjednoczonych Niemiec do struktur międzynarodowych, wielkość zjednoczonej armii czy ostatecznego kształtu granic.

W zakresie tego ostatniego szczególnie zainteresowana była Polska. Chodziło o ostateczne potwierdzenie ustaleń z konferencji w Poczdamie, gdzie światowe mocarstwa (USA, Wlk. Brytania i ZSRR) wyznaczyły zachodnią granicę naszego kraju na Odrze i Nysie Łużyckiej (jako swego rodzaju rekompensatę za utratę kresów na rzecz ZSRR). 

Ówczesny kanclerz RFN - Helmut Kohl - wiedział, że Polakom zależy na potwierdzeniu zachodniej granicy. Jednocześnie miał świadomość, że w toku negocjacji może zostać podniesiona kwestia reparacji, których zrzeczenie się w 1953 roku przez rząd Bieruta może być podważone. W tej konfiguracji postanowił zagrać va banque. W marcu 1990 roku zastosował wobec strony polskiej szantaż. Uzależnił publiczne uznanie przez zjednoczone Niemcy granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej od dwóch spraw. Po pierwsze, od porzucenia przez Polskę sprawy ubiegania się o reparacje. A po drugie, od traktatowego uznania praw mniejszości niemieckiej w Polsce (stąd przedstawiciele mniejszości niemieckiej mają zagwarantowane miejsce w polskim parlamencie).

Mimo, iż żądania Kohla z prawnego punktu widzenia nie wiązały się z kwestią reparacji (konferencja pokojowa w Poczdamie przyznawała nam [1] nową zachodnią granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz - zupełnie odrębnie - [2] prawo do reparacji wojennych od Niemiec), to rząd Mazowieckiego uległ temu szantażowi. Tym samym kwestia uzyskania od Niemiec reparacji wojennych została definitywnie pogrzebana. Dziś może być grana przez polskie władze tylko i wyłącznie w sferze politycznej. I to od umiejętności dyplomatyczno-politycznych przedstawicieli rządu PiS zależy czy coś na tym rzeczywiście zyskamy.

 

Źródło: Ładunek hipokryzji (Wprost.pl)

wpis z dnia 19/09/2017

   


  

     Podwójne standardy UE: Katalońskie referendum jest niezgodne z prawem i konstytucją. Bruksela milczy
wpis z dnia 18/09/2017

 

Hiszpania staje u progu największego w historii kryzysu prawno-konstytucyjnego. Lokalne władze Katalonii, czyli jednego z regionów wchodzących w skład Hiszpanii, właśnie wypowiedziały posłuszeństwo rządowi w Madrycie, przestały się z nim rozliczać finansowo i ogłosiły zorganizowanie na 1 października referendum niepodległościowego. Wszystkie te działania są oczywiście sprzeczne z hiszpańskim prawem, konstytucją oraz orzeczeniami tamtejszego TK. Mimo to, zadziwiającym milczeniem wykazuje się Bruksela, która jakby nie chciała dostrzec problemu. Czyżby podwójne standardy?

Przypomnijmy - kiedy w Polsce wybuchł kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego, unijni urzędnicy z Junckerem i Tuskiem na czele oraz sporą częścią europarlamentarzystów, niemal codziennie wyrażali publiczne zaniepokojenie, wzywali polski rząd do wycofania się z tzw. "ustaw naprawczych", organizowali specjalne sesje Parlamentu Europejskiego na temat sytuacji w Polsce, a ostatecznie wszczęli przeciwko Polsce postępowanie o naruszenie praworządności. Kiedy prawdziwy kryzys prawno-konstytucyjny wybuchł w Hiszpanii, ci sami unijni urzędnicy oraz europarlamentarzyści jakby zupełnie przycichli.

A problem katalońsko-hiszpański wydaje się być wielokrotnie poważniejszy od sprawy "praworządności" w Polsce. Lokalne władze Katalonii właśnie wypowiedziały posłuszeństwo rządowi w Madrycie, przestały się z nim rozliczać finansowo i ogłosiły zorganizowanie na 1 października referendum niepodległościowego. Wbrew ostrzeżeniom prokuratury 700 z ponad 900 burmistrzów katalońskich miejscowości potwierdza, że odda miejskie budynki na potrzeby głosowania. Burmistrzowie ci, wezwani na przesłuchanie, zamierzają się stawić, ale nie posłuchają zakazu mimo, iż za takie zachowanie grożą im wieloletnie wyroki.

Wszystko to dzieje się oczywiście wbrew hiszpańskiemu prawu, konstytucji oraz orzeczeniom tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego, który kilka dni temu zakazał organizacji takiego referendum na terytorium Katalonii. 

Bruksela nie specjalnie kwapi się jednak do interwencji w wewnętrzne sprawy Hiszpanii / Katalonii. Mimo jawnego złamania praworządności przez władze Katalonii, unijni urzędnicy tak jakby nie chcieli dostrzec problemu.

Aby było ciekawiej - sami Katalończycy, w kontekście sporu z rządem Hiszpanii, prowokacyjnie powołują się na casus Polski. Uważają, że skoro Komisja Europejska wypowiadała się i ingerowała w polskie dylematy konstytucyjne, powinna to samo zrobić w przypadku Hiszpanii. Mimo to - Bruksela milczy i nie zajmuje jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.

Jedno jest pewne - kryzys kataloński może w praktyce przerodzić się w kolejny silny cios, który tak jak Brexit, uderzy w sens dalszego istnienia Wspólnoty Europejskiej. W tym kontekście bierność brukselskiego establishmentu i brak jakichkolwiek działań mających na celu rozwiązanie tego kryzysu na drodze politycznego dialogu może dziwić. Szczególnie, że w sprawie o znacznie mniejszym kalibrze (spór polityczny polskiego rządu i polskiej opozycji na temat interpretacji zapisów polskiej konstytucji) unijni eurokraci aż palili się do interwencji.

 

Źródło: Katalonia ignoruje wezwania do przestrzegania konstytucji Hiszpanii i organizuje referendum niepodległościowe (Wyborcza.pl)
Źródło: Dominica Cosic (Twitter.com)

wpis z dnia 18/09/2017

   


  

     Tak PiS niszczy gospodarkę: Od początku roku w całej UE przybyło 354 tys. miejsc pracy w przemyśle. Z tego 223 tys. w Polsce

wpis z dnia 16/09/2017

 

Przejęcie władzy przez PiS miało spowodować niewyobrażalną katastrofę w polskiej gospodarce, wzrost bezrobocia i skok deficytu budżetowego do niewidzianych nigdy wcześniej rozmiarów. Tymczasem w drugim roku rządów partii Kaczyńskiego tempo rozwoju naszej gospodarki jest jednym z najwyższych w Europie, stopa bezrobocia rekordowo niska, a budżet kraju po sierpniu wciąż notuje nadwyżkę zamiast deficytu. Powyższe dane potwierdza unijny Eurostat, a zagraniczne agencje ratingowe podnoszą wszystkie swoje prognozy co do Polski. Oto jak PiS zniszczył gospodarkę.

W mijającym tygodniu unijny Eurostat opublikował garść statystyk i informacji na temat rynku pracy w UE. Wszystkie dane są korzystne albo bardzo korzystne dla naszego kraju. W niektórych wypadamy wręcz rewelacyjnie.

W I połowie roku w całej UE przybyło 353,7 tys. nowych miejsc pracy w przemyśle. Z tego aż 223 tys. w Polsce! Poniżej szczegółowe statystyki prezentujące zmiany zatrudnienia w przemyśle dla poszczególnych państw Wspólnoty w okresie od I do VI 2017 r.:

 

Polska  +222,9 tys.
Niemcy  +39,0 tys.
Hiszpania  +32,8 tys.
Włochy +19,5 tys.
Węgry +16,9 tys.
Słowacja +15,4 tys.
Portugalia +13,5 tys.
Szwecja +11,9 tys.
Grecja +6,0 tys.
Bułgaria +5,1 tys.
Holandia +5,0 tys.
Słowenia +4,0 tys.
Austria +3,6 tys. 
Dania +2,0 tys.
Łotwa +1,2 tys.
Cypr +0,3 tys.
Łotwa +1,2 tys.
Malta -0,2 tys.
Estonia -0,9 tys.
Czechy -1,7 tys.
Litwa -2,7 tys.
Chorwacja -3,2 tys.
Francja -3,9 tys.
Finlandia -6,8 tys.
Wlk. Brytania -51,5 tys.
Rumunia -95,5 tys.
Cała UE (28 krajów) +353,7 tys.

  

Jeśli do tego doliczymy bardzo dobre wyniki produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej, rekordowo niskie bezrobocie, brak deficytu budżetowego (stan na sierpień) oraz ostre wyhamowanie wzrostu zadłużenia, to - mówiąc delikatnie - opozycja była w błędzie ostrzegając na przełomie 2015/2016 roku, że przejęcie władzy przez PiS totalnie rozwali polską gospodarkę.

 

Źródło: Polska staje się fabryką Europy. Dwie trzecie miejsc pracy w przemyśle Unii powstaje u nas (Money.pl)

    


  

     Cała Polska skupiona na aferze billboardowej, tymczasem Morawiecki przyznaje: Nie będzie powrotu do niższych stawek VAT!
wpis z dnia 15/09/2017

 

Pod koniec 2010 roku platformiana ekipa podniosła Polakom stawki podatku VAT. Choć podwyżka miała być tymczasowa (do końca 2013), to Tusk wraz ze swoimi posłami zadecydowali, aby wydłużyć jej obowiązywanie do końca 2016 roku. Począwszy od 2017 roku stawki VAT miały być obniżone. Nic takiego jednak nie nastąpiło. W listopadzie 2016 r. posłowie PiS zmienili prawo i utrzymali wyższy VAT na lata 2017 - 2018. Teraz, kiedy cała Polska skupiona jest na aferze billboardowej, wicepremier Morawiecki potwierdza: "Nie mamy zamiaru obniżać VAT. Utrzymamy go na poziomie 23%".

Historia z podwyżką VAT pokazuje jak politycy mogą być zakłamani, a składane przez nich obietnice nic nie warte w rzeczywistości. Równo 10 lat temu Donald Tusk zachęcał Polaków do głosowania na Platformę Obywatelską publicznym przyrzeczeniem, że każdy kto w jego rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, będzie z tego rządu usunięty ("Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie osobiście przeze mnie wyrzucony"). 

Tusk przysięgę tę złamał bardzo szybko. W drugiej połowie 2010 roku jego rząd wpadł na pomysł, aby dodatkowe kilka miliardów na spłatę długów zabrać Polakom podwyższając im stawkę podatku VAT. W ten sposób z początkiem 2011 roku podwyższone zostały podstawowe stawki VAT z 7 na 8 proc i z 22 na 23 proc. 

Powyższe rozwiązanie miało być tymczasowe i obowiązywać tylko do końca 2013 roku. Tusk obiecał Polakom, że z początkiem 2014 roku przywróci normalne stawki (7 i 22 proc.). Obietnicy tej oczywiście nie dotrzymał i zgodnie z przyjętym pod koniec 2013 roku rozporządzeniem podwyższone stawki podatku VAT miały obowiązywać aż do końca 2016 roku.

Idąc do wyborów parlamentarnych w 2015 roku PiS obiecywał przywrócenie stawek podatku VAT do normalnego poziomu począwszy od 1 stycznia 2017 roku. I co? W listopadzie ubiegłego roku posłowie PiS przeforsowali przyjęcie rządowego projektu o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług, który utrzymuje podwyżkę podstawowych stawek podatku VAT z 7 na 8 proc. i z 22 na 23 proc. na kolejne 2 lata (do końca 2018 roku). 

Teraz, gdy cała Polska skupiona jest na aferze billboardowej i skandalicznym finansowaniu kampanii w/s sądów ze środków Polskiej Fundacji Narodowej, wicepremier Morawiecki, pytany co rząd zrobi z podwyższonym VAT, przyznaje z rozbrajającą szczerością: "Nie mamy zamiaru obniżać VAT. Utrzymamy go na poziomie 23%".

Jaki morał płynie z tej historii? Płacz i płać Polaku, a obietnice polityków w/s podatków wsadź spokojnie między bajki.

 

Źródło: Morawiecki podtrzymuje: Nie będzie powrotu do niższych stawek VAT (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 15/09/2017

  


  

     Niemcy odpowiadają za 22,4% emisji CO2 w UE. Polska za 8,5%. Ale to my jesteśmy nazywani największym trucicielem Europy
wpis z dnia 14/09/2017

 

Im bardziej Niemcy wytykają nam to, że wypuszczamy do atmosfery za dużo CO2, tym głośniej powinniśmy pytać kto w Europie przez ostatnie kilkadziesiąt lat wyemitował najwięcej dwutlenku węgla i kto nadal emituje go najwięcej spośród wszystkich państw należących do UE? Dzięki świetnemu pijarowi Niemiec (akcentującemu "zieloną" energię) mało kto zdaje sobie sprawę, że na 10 największych elektrowni węglowych w UE, które generują najwięcej CO2, aż 6 znajduje się na terytorium Niemiec, a emisje niemieckiego przedsiębiorstwa RWE są blisko 2,5 razy większe od emisji polskiego PGE. 

Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej w 2015 roku Niemcy wyemitowały do atmosfery 777,9 mln ton CO2. Suma ta stanowiła 22,4 proc. wszystkich emisji jakie wygenerowała cała Unia Europejska. W tym samym czasie (2015 rok) Polska wyemitowała do atmosfery 294,8 mln ton CO2, co stanowiło 8,5 proc. wszystkich emisji wygenerowanych przez całą UE.

Pomimo tego, że Niemcy są największym emitentem CO2 w Europie, to w dyskursie nad stanem zanieczyszczenia to nasz kraj nazywany jest "największym trucicielem". Po części wynika to z doskonałej propagandy i pijaru uprawianego przez naszych zachodnich sąsiadów. Eksponują oni maksymalnie swoje osiągnięcia w zakresie produkcji tzw. "zielonej energii" (głównie z wiatraków), a zasłoną milczenia przykrywają wszystkie "brudne" aspekty swojego przemysłu energetycznego.

W efekcie niewiele osób zdaje sobie sprawę (co szczególnie widać na Zachodzie Europy), iż współczesna niemiecka energetyka nadal opiera się na węglu brunatnym, a z 10 największych siłowni węglowych w UE, które generują najwięcej CO2, aż 6 znajduje się na terytorium Niemiec.

W kontekście powyższego ciekawie wygląda również zestawienie firm komercyjnych emitujących najwięcej CO2 w UE. Zgodnie z danymi za 2015 rok na pięć czołowych miejsc, aż dwa (1. i 4.) zajmują niemieckie firmy:

1) RWE (Niemcy) – 144 mln ton CO2
2) Vattenfall (Szwecja) – 90 mln ton CO2
3) Enel (Włochy) – 71 mln ton CO2
4) E.ON (Niemcy) – 60 mln ton CO2
5) PGE (Polska) – 58 mln ton CO2

 

Źródło: List of countries by carbon dioxide emissions (Wikipedia; wejście 13.09.2017 r.)
Źródło: Niemieckie elektrownie węglowe są najbrudniejsze w Europie (BiznesAlert.pl)
Źródło: Dwóch największych "trucicieli" Europy działa w Polsce (Onet.pl)
Źródło: Najwięksi emitenci CO2 w europejskim systemie handlu emisjami w 2015 roku (WysokieNapiecie.pl / Facebook) 

wpis z dnia 14/09/2017

   


   

     Bilans handlowy Niemiec "wystrzelił" po wprowadzeniu euro. Rozszerzenie strefy euro jest w interesie Berlina, a nie państw wstępujących
wpis z dnia 13/09/2017

 

Idea unii walutowej, czyli wprowadzenia na terytorium Wspólnoty jednej dla wszystkich waluty, miała się przysłużyć wszystkim państwom do niej przystępującym. Po 15 latach okazało się, że dominującym beneficjentem funkcjonowania euro stały się Niemcy. Warto zauważyć, że bilans handlowy naszych zachodnich sąsiadów nagle "wystrzelił" po wprowadzeniu euro (2002 rok), a w ubiegłym roku Niemcy zgarnęły dla siebie już 95 proc. kwoty nadwyżki handlowej wypracowanej przez całą strefę euro (267,4 mld euro).

Jedno rzuca się w oczy, gdy spojrzymy na statystyki bilansu handlowego poszczególnych państw Europy - nie ma mocnych na gospodarkę Niemiec. W ubiegłym roku nasz zachodni sąsiad wypracował sobie nadwyżkę na poziomie bliskim 253 mld euro. To około 95 proc. kwoty nadwyżki handlowej wypracowanej przez całą strefę euro (267,4 mld euro).

Co ciekawe - przed założeniem strefy euro gospodarka naszego zachodniego sąsiada również notowała nadwyżki handlowe, jednak w najlepszych latach nie przekraczały one poziomu 50-60 mld euro w skali roku, a porównując wyniki osiągane na przestrzeni lat 90-tych ubiegłego stulecia można z całą stanowczością stwierdzić, że ich suma nie była większa od nadwyżki, jaką Niemcy odnotowały w latach 80-tych.

Nagły skok nastąpił dopiero w 2002 roku. To wówczas (1 stycznia) euro walutę wprowadzono do powszechnego obrotu (zarówno bezgotówkowego, jak i gotówkowego) w 12 państwach Unii Europejskiej. 

Z biegiem kolejnych lat Niemcy zaczęły notować coraz większe nadwyżki handlowe, a ich procentowy udział w nadwyżce całej strefy euro był coraz szerszy. 

Dlaczego nasz zachodni sąsiad tak chętnie zrezygnował ze swojej marki? Odpowiedź jest niezwykle prosta - siła gospodarki Niemiec wynika głównie z eksportu produkowanych tam dóbr i usług. Funkcjonowanie w takich okolicznościach własnej waluty niesie ze sobą poważne ryzyko. Im niemiecka gospodarka byłaby silniejszą, tym automatycznie silniejsza byłaby niemiecka marka. A taka konfiguracja jest najgorsza dla maksymalizacji zysków wynikających z eksportu.

Aby eksport był rzeczywiście opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje powinna być relatywnie słaba. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych danego kraju. Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Oczywiście nadwyżka handlowa nadal by występowała, jednak nigdy nie miałaby ona prawa zbliżyć się do poziomów osiągniętych np. w roku 2016 (253 mld euro).

Gospodarce Niemiec pomaga również Europejski Bank Centralny (EBC) poprzez tzw. politykę luzowania ilościowego. Polega ona na tym, że EBC drukuje (kreuje) setki miliardów euro, za które skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Powyższa operacja nie pozostaje bez wpływu na wartość wspólnotowej waluty, która będąc powszechniejsza staje się tańsza, co ma przełożenie na zyski Niemiec osiągane z eksportu (przypomnijmy - im euro jest tańsze, tym Niemcom bardziej się opłaca eksportować swoje dobra i usługi).

Zanim kiedykolwiek podejmiemy decyzję, aby wstąpić do strefy euro, pamiętajmy kto będzie się z tego tytułu cieszył najbardziej.

 

Źródło: Niemcy - Bilans Handlowy (TradingEconomics.com)

wpis z dnia 13/09/2017

  


 

     Rząd chce walczyć z oszustami wykorzystując ich metody. Czy znowu jakiś sąd ukręci sprawie łeb (vel casus Sawickiej)?
wpis z dnia 12/09/2017

 

Ministerstwo Finansów idzie na totalną wojnę z oszustami podatkowymi. Proponuje, aby służby skarbowe mogły kupować puste faktury, dzięki czemu miałyby sprawdzać, kto korzysta z "dostawców kosztów" i oszukuje na podatkach. Ten kto rzetelnie płaci podatki i gra fair nie musi się obawiać. Nie ma szans, aby wpadł w pułapkę skarbówki. Co innego przekręciarze, wyłudzacze i generujący fikcyjne koszta oszuści podatkowi. Pytanie jednak czy nie wstawi się za nimi jakiś sąd, który - tak jak w przypadku Sawickiej - stwierdzi, że urządzanie prowokacji jest nielegalne?

Według Najwyższej Izby Kontroli w 2016 r. służby skarbowe wykryły 421,3 tys. fikcyjnych faktur na prawie 104 mld zł. Te faktury mogły posłużyć do wyłudzenia od kilku do kilkunastu miliardów złotych z państwowej kasy. Dla porównania - w 2015 roku wykryto 360 tys. fikcyjnych faktur o łącznej wartości 82 mld zł, a w 2014 roku ujawniono ich "tylko" 207 tys. (na kwotę 33,7 mld zł). Widać zatem, że problem z roku na rok staje się coraz poważniejszy, a podatkowi oszuści - w zakresie sztucznego generowania kosztów - coraz mocniej uszczuplają wpływy podatkowe naszego państwa.

W kontekście powyższego świetnie prezentuje się najnowszy pomysł Ministerstwa Finansów, zgodnie z którym służby skarbowe mogłyby kupować puste faktury. Dzięki temu miałyby na bieżąco sprawdzać, kto korzysta z dostawców fikcyjnych kosztów, a tym samym oszukuje na podatkach. Warto bowiem wiedzieć, że to na podstawie wspomnianych "fikcyjnych" (pustych) faktur nieuczciwi przedsiębiorcy odliczają sobie VAT albo zawyżają koszty, by płacić mniejszy CIT (lub nie płacić go wcale).

Zgodnie z ustaleniami "Dziennika Gazety Prawnej", prace nad nową regulacją jeszcze trwają, a eksperci z Ministerstwa Finansów nadal zastanawiają się jak skonstruować przepis i w której ustawie go zawrzeć. Wydaje się, że prace te są bardzo ważne, szczególnie w kontekście sytuacji do jakiej doszło w sprawie Beaty Sawickiej. Przypomnijmy, że w wyniku korupcyjnej prowokacji CBA Sawicka wzięła łapówkę, za którą miała pomóc ustawić rozstrzygnięcie jednego z przetargów publicznych. Wyrokiem z maja 2012 została ona przez sąd I instancji uznana za winną popełnienia zarzucanych jej czynów. W więzieniu miała spędzić 3 lata. Dodatkowo została pozbawiona praw publicznych na 4 lata.

Sprawa trafiła jednak do sądu II instancji, a ten w kwietniu 2013 roku prawomocnie uniewinnił Sawicką od popełnienia zarzucanych jej czynów. Według ustnych motywów orzeczenia podstawą takiej decyzji było uznanie działań operacyjnych stosowanych przez funkcjonariuszy CBA (prowokacja korupcyjna) za nielegalne, co dyskwalifikowało zebrany materiał dowodowy. Jednocześnie sąd ten potwierdził ustalenia co do faktu, iż Beata Sawicka przyjęła łapówkę. Miała jednak za nią odpowiadać jedynie moralnie.

Obawiam się, że co niektóre sądy do stosowania przez resort finansów prowokacji wymierzonych w oszustów podatkowych będą chciały podchodzić tak, jak Sąd Apelacyjny do sprawy prowokacji korupcyjnej zastosowanej wobec posłanki Sawickiej. Stąd prośba, aby eksperci prawni z Ministerstwa Finansów przygotowali w tej mierze dobrą regulację, której nie będzie można podważyć w trakcie ewentualnego procesu sądowego.

 

Źródło: Jak skasować puste faktury. MF ma nowy sposób na zwalczanie handlu kosztami (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 12/09/2017

         


             

     Polska przyjmuje ponad 1/5 wszystkich imigrantów, jacy wjeżdżają do Europy. Mimo to mamy otrzymać 1,5 mld euro kary
wpis z dnia 11/09/2017

 

Niemiecki "Die Welt" wyliczył, że Polska za odmowę przyjęcia 6 tys. migrantów z Włoch i Grecji może otrzymać karę nawet do 1,5 mld euro (ok. 6,3 mld zł). Mało kto jednak zauważa, że od 2014 roku nasz kraj jest wiceliderem spośród wszystkich państw UE pod względem liczby przyjętych imigrantów. W 2014 roku przyjęliśmy 355,4 tys. osób spoza UE, w 2015 - 541,5 tys., a szacunkowe dane za 2016 mówią kolejnych ok. 600 tys. osób. W zdecydowanej większości to migracja obywateli Ukrainy w związku z kryzysem gospodarczym wywołanym rosyjską agresją. Eurokraci powinni to uwzględnić.

Dziennik "Die Welt" w wydaniu z dnia 8.09.2017 r. wyliczył, że Polsce za odmowę przyjęcia 6 tys. uchodźców i "nieokazywanie solidarności" wobec Grecji i Włoch grozi kara w wysokości 1,5 mld euro, Węgrom 325 mln euro, a Słowacji 225 mln euro. Proste wyliczenie wskazuje, że za każdego nieprzyjętego migranta musielibyśmy zapłacić po 250 tys. euro (równowartość ok. 1,055 mln zł). Podstawą do nałożenia przez Brukselę takich kar miałby być orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE sprzed kilkunastu dni potwierdzające, że państwa członkowskie muszą wykonać decyzję o relokacji uchodźców. 

W całym tym zamieszaniu z migrantami, kwotami i karami eurokratom ucieka nam jedna, acz bardzo ważna sprawa. Otóż biorą oni pod uwagę jedynie "południowy" kierunek migracji. Dziwnym trafem zapominają o kierunku "wschodnim" i tym, co zaczęło się dziać tuż po agresji rosyjskiej na Ukrainę. 

Przypomnijmy - z powodu kryzysu gospodarczego wywołanego rosyjską agresją wojskową, z Ukrainy w bardzo krótkim czasie wyjechało kilka milionów ludzi. Większość z nich trafiła do Polski. Przez unijny Eurostat osoby takie są traktowane jako "imigranci zarobkowi". Oficjalne dane wskazują, że w 2014 roku przyjęliśmy 355,4 tys. osób spoza UE, w 2015 - 541,5 tys., a szacunkowe dane za 2016 rok mówią kolejnych ok. 600 tys. osób.

Dla unijnych eurokratów powyższe "kwoty" (sami posługują się taką terminologią) nie mają jednak znaczenia. To, że "wchłaniamy" do swojego systemu społeczno-gospodarczego ponad 1/5 wszystkich imigrantów (a 1/2 imigrantów zarobkowych), jacy wjeżdżają na terytorium Unii Europejskiej, na przedstawicielach Komisji Europejskiej nie robi wrażenia. Szkoda. I wcale najgorsze nie jest widmo finansowej kary, lecz propagowanie przez unijnych oficjeli kłamliwej narracji, jakoby Polska była krajem niewykazujacym "solidarności" wobec innych nacji będących w potrzebie.

 

Źródło: Kryzysowa migracja Ukraińców (OSW.waw.pl)
Źródło: Relokacja uchodźców. Czy Polska musi zapłacić 1,5 mld euro? (DW.com)
Źródło: EU Member States issued a record number of 2.6 million first residence permits in 2015 (ec.europa.eu) 

wpis z dnia 11/09/2017

   


  

     Podatek drogowy, podwyżki dla posłów, a teraz 19 baniek z PFN. PiS wpada czasem na pomysły, których nie da się bronić
wpis z dnia 8/09/2017

 

Nie wiem kto w PiS wpadł na to, aby przeznaczyć 19 mln zł z kasy Polskiej Fundacji Narodowej (której statutowym celem jest promocja naszego kraju za granicą) na kampanię w/s zmian w sądownictwie, ale ten ktoś jest albo kretem, albo idiotą. Przecież ten pomysł to kaloryczne paliwo dla totalnych, KOD-ów i innych obrońców starego układu! Idealnie wpisuje się w ciąg kilku poprzednich, równie durnych idei takich jak uchwalane cichcem podwyżki dla posłów czy nowy podatek drogowy. To są rzeczy, których nie da się bronić. Dlaczego PiS sam sobie to robi?

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Do władzy w Polsce dochodzi np. lewicowy rząd, który zamawia w przedsiębiorstwach medialnych prowadzonych przez "lewaków" wielką kampanię społeczno-informacyjną w sprawie np. popularyzowania związków partnerskich oraz kultury LGBQ. Co jednak najistotniejsze - kampania ta ma być finansowana ze środków zgromadzonych przez Polską Fundację Narodową, której celem statutowym jest promocja naszego kraju zagranicą. Czy ta sytuacja nie byłaby bulwersującą? Czy szeroko rozumiane środowiska prawicowe przeszły by nad nią do porządku dziennego? 

Najnowsza kampania w/s potrzeby reformy sądownictwa, a dokładnie - sposób jej finansowania - jest niestety nie do obrony. I to jakkolwiek źle nie myślelibyśmy o polskich sądach i orzekających w nich sędziach. Racje ma publicysta Rafał Ziemkiewicz, który zauważa, iż "pieniądze na promocję Polski za granicą wydano na polityczną propagandę w kraju. To oczywiste nadużycie władzy. Pierwsze tak poważne za PiSu".

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - takie "wsparcie" medialne w/s reformy sądownictwa jest potrzebne. Jest wręcz niezbędne, jeśli PiS nie chce powtórki z masowych protestów ulicznych, jakie miały miejsce w lipcu. Niestety, dobry pomysł (atrakcyjna kampania informacyjna w mediach i na ulicach na szeroką skalę) został wypaczony poprzez sposób jego realizacji, czyli sfinansowanie kosztów poprzez wyjęcie z kasy Polskiej Fundacji Narodowej kwoty 19 mln zł. Teraz zamiast pożytków z takiej kampanii, PiS znowu będzie musiał się bronić i tłumaczyć. Zamiast rozmawiać o potrzebie reformy sądownictwa wszyscy będą mówić o tym, jak rządzący "zajumali" 19 dużych baniek. Jednym słowem - mistrzostwo!

wpis z dnia 8/09/2017

   


 

     Polska ma być jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną. A nie łatwiej po prostu obniżyć podatki wszystkim?
wpis z dnia 8/09/2017

 

Zgodnie z najnowszym pomysłem wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, na terytorium całej Polski ma powstać jedna, wielka specjalna strefa ekonomiczna. Mając na uwadze patologie związane z istnieniem takich stref oraz fakt, że potwierdzają one neokolonialny charakter naszej gospodarki (gdzie duży "inwestor z zagranicy" ma większe prawa i przywileje niż lokalny przedsiębiorca), warto się zastanowić czy nie lepszym (i łatwiejszym w realizacji) pomysłem byłoby jednak powszechne obniżenie podatków dla wszystkich przedsiębiorców?

Wicepremier Mateusz Morawiecki zaprezentował na forum ekonomicznym w Krynicy-Zdrój projekt ustawy, która miałaby utworzyć z naszego kraju jedną, wielką specjalną strefę ekonomiczną. Zachęty podatkowe (czytaj: ulgi podatkowe) dla inwestorów miałyby być dostępne na całym terytorium Polski. Zdaniem Morawieckiego wprowadzenie tej koncepcji w życie miało przynieść Polsce nakłady inwestycyjne rzędu 117,2 mld zł (do 2027 r.), oraz 158,3 tys. nowych miejsc pracy. 

Im dłużej czytam założenia do najnowszego projektu Morawieckiego, tym bardziej przypominają mi się słowa Miltona Friedmana (noblista, guru wolnorynkowej ekonomii), który w 1990 roku wyraźnie ostrzegał polityczne elity naszego kraju: "Pamiętajcie jedno: zagraniczni inwestorzy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy będzie to w interesie Polski. Można to zrobić poprzez stworzenie cudzoziemcom takich samych reguł gry, jakie obowiązują Polaków, nie należy dawać im żadnych specjalnych przywilejów, ulg czy zwolnień podatkowych".

Co się stało w kolejnych latach? Okazało się, że rządzący naszym krajem postępowali dokładnie na odwrót. Zaczęło się od wyprzedaży majątku narodowego za pół ceny lub bezcen. Zagraniczni inwestorzy kupowali od państwa gotowe fabryki, zakłady przemysłowe czy banki za ułamek ich wartości. Dostawali przy tym obietnice ulg podatkowych i przywilejów, które nawet się nie śniły działającym na tym samym rynku polskim przedsiębiorcom.

Rządzący, aby jeszcze bardziej wejść w cztery litery zagranicznym inwestorom, wymyślili specjalne strefy ekonomiczne, gdzie podatki dochodowe dla podmiotów z zagranicy, które zdecydują się tam zbudować np. swoją montownie, są znacznie mniejsze, niż dla Polaków prowadzących swój biznes tuż obok strefy.

Zestawiając powyższe fakty z informacją o najnowszym pomyśle ministra Morawieckiego, który znowu chce "dopieszczać" nowych inwestorów, a zapomina o już działających i pracujących na terenie Polski przedsiębiorcach, każą mi poddać w wątpliwość słuszność tej koncepcji. Czy w takich okolicznościach nie lepszym (i łatwiejszym w realizacji) rozwiązaniem byłoby powszechne obniżenie podatków dla wszystkich przedsiębiorców? Czyż nie korzystniej byłoby tworzyć rodzimym twórcom naszego PKB takich samych reguł gry, jakie obowiązują zagranicznych inwestorów? Przecież i jedni, i drudzy chcą w naszym kraju zarabiać pieniądze. Dlaczego zatem jedynie mityczni "inwestorzy" mieliby być uprzywilejowani?

 

Źródło: Morawiecki: Dzięki nowej ustawie cała Polska może stać się strefą inwestycyjną (Stooq.pl)

wpis z dnia 8/09/2017

   


  

     Sędzia, który orzekał w/s Poznańskiej 14, to ten sam, który zatwierdzał kuratorów do Twardej 8 i 10 oraz Siennej 29. Przypadek?
wpis z dnia 7/09/2017

 

W sprawie afery reprywatyzacyjnej wypływają coraz ciekawsze informacje. Okazało się, że sędzia, który wydał postanowienie spadkowe w/s kamienicy przy ul. Poznańskiej 14 (domniemany spadkobierca odsprzedał uzyskany w ten sposób spadek handlarzowi roszczeń) to ten sam, który zgodził się na kuratorów dla nieruchomości położonych przy ul. Twardej 8 i 10 (Gimnazjum nr 42) oraz Siennej 29. Przypadek? Zbieg okoliczności? A może sprawa pokazuje, że w proceder umoczeni byli nie tylko obrotni adwokaci czy urzędnicy stołecznego ratusza lecz także przedstawiciele władzy sądowniczej?

Przypomnijmy, że prawa do kamienicy przy ul. Poznańskiej 14 w 2013 r. odzyskał orzeczeniem sądowym domniemany spadkobierca przedwojennych właścicieli, którego reprezentował adwokat Robert N. (dziś ciążą na nim prokuratorskie zarzuty w związku z aferą reprywatyzacyjną). Po tym jak sąd ustanowił go prawnym spadkobiercą, urzędnicy Miasta St. Warszawy przekazali mu nieruchomość w 99-letnie użytkowanie wieczyste, a ten kilka miesięcy później sprzedał prawa do spadku mec. Andrzejowi N. i Januszowi P. - słynnym w Warszawie handlarzom roszczeń, którzy z olbrzymim zyskiem sprzedali kamienicę prywatnej spółce.

Dopiero w sierpniu 2017 r. urzędnicy stołecznego magistratu zrozumieli, że popełnili błąd i złożyli do sądu wniosek o zmianę postanowienia w przedmiocie nabycia spadku. "Pod koniec ub.r. prokuratura przesłała informację, z której wynikały wątpliwości, co do prawidłowości postępowań spadkowych. Po dalszych ustaleniach w tej sprawie złożyliśmy wniosek o zmianę postanowienia w przedmiocie nabycia spadku" - informowała media Agnieszka Kłąb ze stołecznego ratusza. 

W przypadku nieruchomości przy Placu Defilad (dawna Sienna 29) oraz ul. Twardej 8 i 10 mecenas Andrzej M. występował do sądów z wnioskiem o ustanowienie kuratora dla spadkobierców nieznanych z miejsca pobytu lub tzw. kuratora spadku nieobjętego. Jako kandydatów na te funkcje wskazywał podejrzanych adwokatów Tomasza Ż. lub Grażynę K.-B. Sądy akceptowały wskazanych przez Andrzeja M. prawników i wyznaczały ich na kuratorów, mimo że osoby, które mieli reprezentować, powinny zostać uznane za zmarłe. W jednym przypadku sąd ustanowił kuratora dla osoby, która w chwili wydania decyzji miałaby 138 lat, a w innym przypadku – 128 lat. W innej ze spraw sąd ustanowił kuratora dla osoby żyjącej, znanej mecenasowi Andrzejowi M., która nie została zawiadomiona o toczącym się postępowaniu.

Tak wyznaczeni kuratorzy – adwokat Tomasz Ż. i adwokat Grażyna K.-B. – występowali do sądów z wnioskami o zniesienie roszczeń do nieruchomości ze strony rzekomo reprezentowanych przez nich osób. Wykraczało to poza czynności obejmujące zarząd majątkiem spadkowym, do którego kuratorzy byli upoważnieni. Sądy pozytywnie rozpatrywały wnioski przyznając całość praw do nieruchomości na rzecz spadkobiercy reprezentowanego przez mecenasa Andrzeja M.

W zamian kuratorzy mieli otrzymywać kwotę odpowiadającą wartości udziałów w roszczeniach należących do osób, które rzekomo reprezentowali. Wysokość tej kwoty szacowali rzeczoznawcy Michał Sz. i Jacek R., choć transakcje, które miały być podstawą wyliczenia, nigdy nie miały miejsca. W efekcie sądy wyrażały kuratorowi zgodę na zniesienie praw i roszczeń pozostałych spadkobierców za cenę od 2 do 3 proc. wartości nieruchomości. W przypadku nieruchomości przy ul. Twardej 8 jej wartość oszacowano na 23 miliony złotych, a wartość praw i roszczeń na 371 tysięcy złotych. Wartość nieruchomości położonej przy ul. Twardej 10 została oszacowana na 20 milionów złotych, a roszczenia na 490 tysięcy złotych. W przypadku nieruchomości przy Placu Defilad, a więc w sąsiedztwie Pałacu Kultury i Nauki (dawny adres to ul. Sienna 29) wartość nieruchomości oszacowano na 14 milionów 400 tysięcy złotych, a wartość praw i roszczeń na 345 tysięcy złotych. Natomiast w zakresie nieruchomości położonej przy ul. Królewskiej 38 jej wartość oszacowano na 4 miliony 600 tysięcy złotych, a wartość roszczeń na 110 tysięcy złotych.

Pozwoliło to adwokatowi Andrzejowi M. na przejęcie za rażąco zaniżoną cenę praw i roszczeń do nieruchomości na rzecz reprezentowanych przez niego spadkobierców, a faktycznie na rzecz podejrzanych Macieja M. i Maksymiliana M.

 

Co łączy sprawy nieruchomości przy ul. Poznańskiej 17 ze sprawami nieruchomości przy u. Twardej 8 i 10 oraz Siennej 29? Otóż łączy te sprawy osoba sędziego. W przypadku Poznańskiej 17 sędzia ten wydał postanowienie spadkowe, a w przypadku to nieruchomości położonych przy ul. Twardej 8 i 10 (Gimnazjum nr 42) oraz Siennej 29 zgodził się na forsowanych przez handlarzy roszczeniami kuratorów. Przypadek? Zbieg okoliczności?

 

Źródło: Paweł Lisiecki (Twitter.com)
Źródło: Komisja weryfikacyjna zbada sprawę ul. Poznańskiej 14 (PortalSamorzadowy.pl)
Źródło: Zarzuty dla zatrzymanych w związku z tzw. dziką reprywatyzacją (PK.gov.pl)

wpis z dnia 7/09/2017

   


  

     Mało znany fakt: Grecki sąd nakazał zajęcie niemieckich budynków w Atenach, aby wyegzekwować odszkodowania za II WŚ
wpis z dnia 6/09/2017

 

Problem z odszkodowaniami od Niemiec za straty poniesione w związku z II wojną światową był topowym tematem w Grecji na długo zanim pojawił się w dyskursie publicznym w Polsce. Przypomnijmy, że w 2000 roku grecki Sąd Najwyższy nakazał zajęcie m.in. budynku niemieckiego instytutu Goethego w Atenach, aby wyegzekwować choćby część należnych odszkodowań za II WŚ. Niedługo później Grecy przystąpili do tworzonej przez Niemcy strefy euro i w krótkim czasie stali się bankrutem z gigantycznym zadłużeniem wobec... Niemiec! W ten sposób temat odszkodowań naturalnie przygasł.

W kontekście dyskusji na temat ewentualnych odszkodowań i reparacji, jakie Polska miałaby żądać od Niemiec warto przypomnieć o historii greckich roszczeń odszkodowawczych wobec Niemiec za straty poniesione w toku II wojny światowej. 

W 1997 roku grupa czterech obywateli Grecji złożyła do greckiego sądu pozew o odszkodowanie od Niemiec za to, że żołnierze SS wymordowali ich rodziców w trakcie pacyfikacji wioski Distomo, która miała miejsce 10 czerwca 1944 r. Greckie sądy przyznały im łącznie 29 mln euro odszkodowania. W 2000 r. orzeczenie potwierdzające słuszność roszczenia zostało nawet wydane przez grecki Sąd Najwyższy. Z uwagi na fakt, że Niemcy nie kwapili się z wypłatą odszkodowania (powoływali się na regulacje prawa międzynarodowego - w tym przede wszystkim na zasadę tzw. immunitetu państwowego, zgodnie z którą żadne państwo nie może podlegać sądom obcego państwa) sprawa trafiła do greckiego komornika, który zajął szereg należących do Niemców nieruchomości zlokalizowanych na terenie Aten (w tym budynek Instytutu Goethego). Dopiero interwencja greckiego ministra sprawiedliwości uchroniła wspomniane nieruchomości przed zlicytowaniem.

1 stycznia 2002 r. Grecja przystępuje do projektowanej przez Niemcy strefy euro. O tym dlaczego dla niektórych państw przystąpienie do unii walutowej okazało się być bardzo niekorzystne pisałem szczegółowo tutaj: >> Cała strefa euro miała w ub.r. 267,4 mld euro nadwyżki handlowej. Na Niemcy przypadło 95 proc. tej kwoty! Komu służy euro? << Dla Grecji wejście do strefy euro było niczym strzał w kolano. A właściwie w oba kolana. W ciągu kilku kolejnych lat kraj ten stał się bankrutem - gospodarka po przyjęciu euro utraciła konkurencyjność, a eksportowane dobra i usługi przestały przynosić tak samo wysokie dochody, jak w okresie gdy funkcjonowała drachma. 

To wszystko spowodowało wielki kryzys zadłużeniowy w efekcie którego to Niemcy zaczęli dyktować Grekom warunki. Rząd w Berlinie przyszedł Atenom z "pomocą" pod postacią pakietu odpowiednio oprocentowanych i zabezpieczonych pożyczek, które umożliwiły zachowanie ciągłości państwa greckiego. W ten sposób Niemcy zaczęli zarabiać na greckim kryzysie całkiem przyzwoite pieniądze. Szacuje się, że w ramach "programu pomocowego" Berlin otrzymał już na czysto ponad 1,34 mld euro!

Nie muszę przypominać, że w takich warunkach temat odszkodowań wypłacanych Grekom za straty wojenne spowodowane przez Niemców, musiał umrzeć śmiercią naturalną...

 

Źródło: Niemcy-Grecja: Bez odszkodowania dla ofiar SS (Rmf24.pl)
Źródło: Niemcy krytycznie o decyzji Grecji ws. roszczeń ofiar masakry z 1944 r. (Dzieje.pl)

wpis z dnia 6/09/2017

      


   

     Europejska Agencja Środowiska (UE): Krajem, który najmocniej zatruwa powietrze w Europie są Niemcy, a nie Polska
wpis z dnia 5/09/2017

 

Europejska Agencja Środowiska (European Environment Agency - EEA) jest oficjalnym organem Unii Europejskiej zajmującym się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego w Europie. Agencja ta co roku publikuje raport na temat zatruwania powietrza przez poszczególne państwa UE. Zgodnie z najnowszym wydaniem tego raportu, krajem który emituje do atmosfery najwięcej skumulowanej ilości Amoniaku, tlenków azotu, pyłów zawieszonych, NMVOCs oraz dwutlenku siarki są Niemcy.

Nasi zachodni sąsiedzi uwielbiają nam wytykać, że jesteśmy największym trucicielem w Europie. Tymczasem prawda jest zgoła odmienna. Zgodnie z ubiegłorocznym raportem Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), mimo rosnącej popularności odnawialnych źródeł energii, Niemcy są wciąż niekwestionowanym liderem emisji CO2 w Unii Europejskiej. W skali roku posyłają ze swoich kominów do atmosfery aż 723,3 mln ton CO2 (Polska - 279 mln ton). W przeliczeniu per capita, czyli na "głowę" jednego mieszkańca, daje to wynik 9,04 tony/os. (w Polsce - 7,15 tony/os.).

Emisja CO2 to jednak nie wszystko. Do atmosfery można bowiem emitować różne inne zanieczyszczenia (Amoniak, tlenki azotu, pyły zawieszone, NMVOCs oraz dwutlenek siarki). Tutaj dane źródłowe dostarcza nam Europejska Agencja Środowiska (European Environment Agency - EEA), która jest oficjalnym organem Unii Europejskiej zajmującym się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego w Europie.

EEA co roku publikuje raport na temat zatruwania powietrza przez poszczególne państwa UE. W swoich wyliczeniach uwzględnia emisje inne niż CO2. Także i w tym przypadku Niemcy (uwzględniając skumulowane wartości) trują "mocniej" niż Polska. W 2015 roku nasi zachodni sąsiedzi posłali do atmosfery 759,3 mln ton Amoniaku (Polska: 267,1 mln ton), 1187,4 mln to tlenków azotu (Polska: 713,8 mln ton), 99,5 mln ton pyłów zawieszonych PM2,5 (Polska: 124,6 mln ton), 351,8 ton dwutlenku siarki (Polska: 690,3 mln ton) oraz 1020,2 mln ton substancji NMVOC [Non-methane volatile organic compound] (Polska: 530,6 mln ton). Łącznie Niemcy wyemitowały do atmosfery 3418,1 mln ton zanieczyszczeń innych niż CO2 (Polska: 2326,3 mln ton).

Uwzględniając dane źródłowe (raporty Międzynarodowej Agencji Energetycznej oraz Europejska Agencja Środowiska) można powiedzieć jedno - Niemcy mają świetny pijar, jeśli chodzi o wybielanie swojej odpowiedzialności za ilość emitowanych do atmosfery zanieczyszczeń, a jednocześnie ochoczo uprawiają czarną propagandę, której celem jest przerzucenie tej odpowiedzialności na inne państwa.

 

Źródło: National Emission Ceilings Directive emissions data viewer (EEA.europa.eu)
Źródło: CO2 Emissions from fuel combustion (IEA.org)

wpis z dnia 5/09/2017

   


  

     Polska jest dziś oazą wolności słowa. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się we Francji czy w Niemczech
wpis z dnia 4/09/2017

 

Niemcy na pół roku przed wyborami wprowadzają prawo o cenzurze prewencyjnej w mediach, we Francji władze zakazują publikacji uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa, a Bruksela naciska na social media, aby wprowadzić mechanizmy ograniczające publikowane treści. W tym kontekście rację ma publicysta Łukasz Warzecha. Uważa on, iż nie ma przesady w stwierdzeniu, że Polska – a szerzej: Europa Środkowa, kraje "nowej" UE – są dziś oazą wolności słowa w porównaniu z Europą Zachodnią, gdzie ruchy lewicowe konsekwentnie tę wolność ograniczają.

Na początku kwietnia niemiecki rząd, pod hasłami walki z dezinformacją i mową nienawiści, przyjął projekt ustawy nakazujący administratorom portali społecznościowych blokowanie lub usuwanie informacji nieprawdziwych i mowy nienawiści (tzw. ustawa "NetzDG"). Problem polega na tym, że zapisy tego projektu są bardzo nieprecyzyjne i niejasne, a przez to mogą umożliwiać stosowanie de facto cenzury prewencyjnej w zakresie treści, wobec których ktoś (tj. administrator portalu społecznościowego) doszuka się a priori znamion "nieprawdziwych informacji". Wpis taki będzie musiał zniknąć w ciągu 24 godzin. Jeśli tak się nie stanie, właścicielowi portalu będzie groziła gigantyczna kara finansowa do 50 mln euro.

Mechanizmy ograniczające swobodną publikację treści funkcjonują także we Francji. Pomijając kwestie co chwilę tam przedłużanego stanu wyjątkowego (w trakcie którego szereg praw obywatelskich jest w mniejszym lub większym stopniu ograniczana), kilka tygodni temu, na mocy dekretu rządowego francuskie władze zaostrzyły już istniejące kary za tzw. mowę nienawiści. Jednocześnie dodano nowe elementy zwiększające zakres istniejących przepisów.

Tak jak w przypadku przepisów wprowadzonych w Niemczech, tak i we Francji pojawia się pytanie o to, kto i wg jakich kryteriów będzie uznawał dane wypowiedzi za "mowę nienawiści". Czy przypadkiem przepisy te nie będą wykorzystywane politycznie, do ograniczania wolności słowa? 

To, co dzieje się w Niemczech i Francji wpisuje się w ducha zmian sugerowanych przez Unię Europejską. W maju agencja Reutersa podała informację, że eurokraci chcieli by wdrożyć podobne rozwiązania na terytorium całej Wspólnoty. W ich efekcie największe serwisy społecznościowe (takie jak Facebook, Twitter czy Youtube) miałyby wprowadzić mechanizmy umożliwiające stosowanie cenzury wobec treści, które mają znamiona tzw. mowy nienawiści lub są uznawane za nieprawdziwe. Znowu o tym, co jest prawdą, a co kłamstwem miałby decydować administrator danego serwisu. 

O innych drobniejszych sprawach (takich jak ukrywanie informacji o "wydarzeniach sylwestrowych" w Niemczech, czy zakazywanie publikacji uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa we Francji) nawet nie będę wspominał...

W kontekście powyższego racje ma Łukasz Warzecha, który w swoim tekście opublikowanym na łamach tygodnika "DoRzeczy" zauważa, że w Europie Zachodniej lewica konsekwentnie instaluje w systemach prawnych szykany wolność słowa ograniczające i dodaje: "W kontekście faktycznej cenzury, obowiązującej we Francji, Niemczech, czy Szwecji – pouczanie Polski, Węgier czy któregokolwiek z państw prawdziwej wolności słowa przez tamtejsze rządy staje się coraz bardziej groteskowe".

 

Źródło: Francuska politpoprawna cenzura (DoRzeczy.pl)
Źródło: EU states approve plans to make social media firms tackle hate speech (Reuters.com)
Źródło: Niemcy: Facebook krytykuje projekt ustawy o zwalczaniu mowy nienawiści (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Cenzura we Francji. Władze zakazały publikacji uśmiechniętych buzi dzieci z zespołem Downa (TVP.info)

 

wpis z dnia 4/09/2017

   


  

     Jedną z pierwszych decyzji Pawlaka w rządzie PO-PSL było anulowanie 461 mln zł kary dla dostawcy rosyjskiej ropy do Polski
wpis z dnia 1/09/2017

 

Mało kto już pamięta, że jedną z pierwszych istotnych decyzji Waldemara Pawlaka, po tym jak został powołany na stanowisko ministra gospodarki w rządzie Tuska, było anulowanie gigantycznej kary 461 mln zł dla spółki J&S, która odpowiadała za dostawy rosyjskiej ropy do polskich rafinerii. Kara została nałożona w 2007 r. przez prezesa Agencji Rezerw Materiałowych za to, że J&S nie gwarantowała odpowiednich rezerw paliwowych dla Polski. Pawlak podjął decyzję o jej uchyleniu w zaledwie miesiąc po powołaniu go do rządu.

Historia J&S jest niesamowita. Ta niewielka spółka założona na Cyprze przez dwóch Ukraińców z polskimi paszportami, w III RP w dość krótkim czasie stała się kluczowym pośrednikiem w zakupach rosyjskiej ropy naftowej do polskich rafinerii. Według medialnych doniesień w szczytowym momencie J&S odpowiadała za dostawę ok. 70 proc. ropy do zakładów petrochemicznych w Płocku i Gdańsku. 

- "Czy to normalne, by dostawy ropy dla 40-milionowego kraju zależały od dwóch Ukraińców z polskim obywatelstwem, którzy mają spółkę na Cyprze?" - takie pytanie w 2001 roku zadała "Gazeta Wyborcza", w obszernym artykule na temat historii powstania J&S. O tym może jednak innym razem. Dzisiaj chciałbym przypomnieć o sprawie 461,6 mln zł kary, jaką w październiku 2007 roku prezes Agencji Rezerw Materiałowych (ARM) nałożył na J&S. Powód? - Według ARM spółka J&S, jako strategiczny podmiot specjalizujący się w imporcie paliw na polski rynek, nie przechowywała wymaganych w tym przypadku przez prawo odpowiednio dużych, obowiązkowych zapasów paliwa. W efekcie powstawało ryzyko, że w momencie kryzysowym w krótkim okresie czasu Polsce mogłoby zabraknąć paliwa.

W tym samym październiku 2007 roku odbywają się w Polsce wybory parlamentarne do Sejmu, które wygrywa Platforma Obywatelska. Tworzy ona rząd koalicyjny z PSL. Dzięki temu ówczesny lider ludowców Waldemar Pawlak trafia do rządu - obejmuje stanowisko ministra gospodarki.

Jaka jest jedna z jego pierwszych ważnych decyzji na stanowisku ministra? Już 14 grudnia, a więc w miesiąc po tym jak został zaprzysiężony do rządu, Pawlak decyduje się uchylić karę nałożoną na J&S przez prezesa ARM. Z informacji do jakich dotarł dziennik "Rzeczpospolita" wynikało, iż głównym powodem uchylenia kary i umorzenia postępowania był fakt wydania decyzji przez prezesa Agencji Rezerw Materiałowych, ale nie w jej imieniu (sic!).

Niedługo później ARM ponownie wszczęło postępowanie wobec J&S. W efekcie powyższego wiosną 2008 roku na spółkę znowu nałożono karę - tym razem 452 mln zł. J&S odwołała się od tej decyzji do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie. A ten pod koniec 2008 r. karę... uchylił. Sędziowie nie zajmowali się jednak istotą zarzutów (przypomnijmy - te dotyczyły kwestii niezapewnienia wymaganych przez prawo rezerw paliw), a skupili się na kwestiach formalnych. W toku postępowania uznali, że kontrola ARM w J&S odbyła się 1 sierpnia 2007 r., jednak protokół z kontroli sporządzono następnego dnia i w późniejszych decyzjach podawano tę właśnie niewłaściwą datę stwierdzenia niedoborów paliwa. To miało być powodem uchylenia całej decyzji o nałożeniu kary. Skargi kasacyjne złożone do Naczelnego Sądu Administracyjnego nic nie dały.

W efekcie powyższego spółka J&S nie tylko odzyskała kwotę 452 mln zł, ale również na całej tej sprawie nieźle zarobiła. Okazało się bowiem, że budżet kraju musiał zwrócić na konta J&S kwotę nałożonej kary powiększoną o odsetki w wysokości 80 mln zł!

 

Źródło: J&S: duet na rurze (Wyborcza.pl)
Źródło: Pawlak: kara dla J&S Energy była nałożona nieskutecznie (Wprost.pl)
Źródło: Pawlak przegrał pół miliarda złotych dla spółki J&S Energy (Wyborcza.pl)

 

wpis z dnia 1/09/2017