Blog niewygodne.info.pl stosuje pliki cookies. 

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. 

Jeśli nie wyrażają Państwo zgody, uprzejmie prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Archiwum: Grudzień 2017

 

     Dlaczego Luksemburg tak bardzo boi się Polski? Dlaczego straszy Austrię przed wstąpieniem do Grupy Wyszehradzkiej?
wpis z dnia 31/12/2017

 

Po tym jak Sebastian Kurz został kanclerzem Austrii, istotnie odżyły koncepcje aby kraj ten przyłączył się do Grupy Wyszehradzkiej, czyli politycznego stowarzyszenia Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Szef MSZ Luksemburga, który jeszcze do niedawna stanowił wylęgarnie nielegalnych optymalizacji podatkowych dla największych koncernów na świecie, stwierdził, że wejście Austrii do Grupy Wyszehradzkiej oznacza "w zasadzie odrzucenie europejskiej współpracy". Dlaczego oni tak bardzo nas się boją?

- "Kanclerz Kurz posługuje się językiem Donalda Trumpa. Prezydent USA mówi: jeżeli każdy kraj dba o to, żeby mu się dobrze powodziło, to w końcu wszystkim będzie się powodziło dobrze. Kurz mówi, że każdy kraj decyduje sam, czy przyjmie uchodźców. Europa nie może jednak funkcjonować w taki sposób. (...) Jeżeli uznamy Polskę czy Węgry za punkt odniesienia, to oznaczać to będzie, że nisko upadliśmy" - powiedział dla niemieckiego tygodnika "Der Spiegel" Jean Asselborn - szef MSZ Luksemburga. 

Asselborn dodał przy tym, że ewentualne wejście Austrii do "modelu wyszehradzkiego" oznacza "w zasadzie odrzucenie europejskiej współpracy". 

Powstaje pytanie - dlaczego polityczne elity Luksemburga tak bardzo boją się Polski i polityki opartej - jak to powiedział Asselborn - o "model wyszehradzki"? Pisząc "polityczne elity Luksemburga" ma również na myśli Jean-Claude Junckera, wieloletniego premiera tego malutkiego państwa, który uciekł na posadę szefa Komisji Europejskiej tuż przed wybuchem afery Lux-Leaks. 

Przypomnijmy - w 2014 roku śledztwo dziennikarskie ujawniło, że w latach kiedy Juncker był premierem Luksemburga (1995 - 2013) rząd tego państwa podpisywał z globalnymi korporacjami specjalne umowy podatkowe (doliczono się ok. 340 umów), które w istocie zwalniały je z obowiązków podatkowych w innych państwach. W ten sposób cierpiały przychody budżetowe państw, gdzie wspomniane korporacje prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce). 

Szef MSZ Luksemburga, w wywiadzie dla "Der Spiegel", powiedział jeszcze jedną ważną rzecz: - "Jeżeli Europa nie potrafi wypracować zgodnego stanowiska w tak kluczowej sprawie jak polityka migracyjna, to w dłuższej perspektywie czasu wzrasta groźba załamania się Wspólnoty". 

Nie wiem czy państwo podzielą moją opinię, ale Europa wspólnego i zgodnego stanowiska nie potrafiła już wypracować w wielu innych sprawach, z polityką wobec Nord Stream na czele. Twierdzenie, że największym problemem dla europejskiej jedności jest fakt, iż solidarności nie mogą dotrzymać po raz pierwszy inne państwa niż te, które leżą po starej stronie UE, jest grubą przesadą. Jak dla mnie to największym problemem dla europejskiej jedności są póki co politycy pokroju Asselborna czy Junckera, którzy szantażem i groźbami próbują wymóc swoje stanowisko na innych członkach UE. W ten sposób to oni, a nie politycy z Warszawy, Budapesztu, Pragi czy Wiednia, stają się prawdziwymi motorami rozpadu europejskiej wspólnoty.

 

Źródło: Szef MSZ Luksemburga ostrzega przed dołączeniem Austrii do Grupy Wyszehradzkiej (Stooq.pl)

wpis z dnia 31/12/2017

   


  

     Tylko 30 proc. leków sprzedawanych w Polsce jest produkowanych w naszym kraju. W Niemczech ten współczynnik wynosi 95 proc.
wpis z dnia 29/12/2017

 

Rynek farmaceutyczny w Polsce ciągle się rozrasta. W tym roku ma on osiągnąć wartość 38,5 mld zł. Niestety tylko 30 proc. leków kupowanych w Polsce jest produkowanych w naszym kraju. Pod tym względem daleko nam jeszcze do Zachodu, gdzie normą jest, że ok. 80 - 90 proc. leków produkują rodzime firmy. Wzorem mogą być Niemcy, gdzie aż 95 proc. leków kupowanych w tamtejszych aptekach pochodzi z krajowych zakładów farmaceutycznych. Ten patriotyzm gospodarczy ma oczywiście gigantyczne znaczenie dla międzynarodowych przepływów finansowych...

W 2013 roku (nie mam świeższych danych) sektor produkujący leki i wyroby medyczne w Polsce generował prawie 1 proc. PKB i odpowiadał za 2,4 mld zł przychodów podatkowych. Kwota ta mogłaby być znacznie większa, gdyby większa ilość leków kupowanych w naszym kraju pochodziła z polskich zakładów farmaceutycznych. Niestety - przewaga zachodniego kapitału oraz lobbing zagranicznych koncernów wobec lekarzy zrobiły swoje. Dzisiaj ledwie 30 proc. leków kupowanych w naszym kraju zostało wyprodukowanych przez rodzime firmy farmaceutyczne. 

O sprawie tej już w ubiegłym roku przypomniał Mateusz Morawiecki. Na forum gospodarczym w Krynicy powiedział on wówczas m.in.:

"W Polsce kupuje się tylko 30% leków wyprodukowanych w Polsce. W Niemczech jest to 95%. Jest to pewien benchmark. Model rozwoju gospodarczego, który my przyjęliśmy przez ostatnie 25 lat powoduje, że do tych 95% będziemy dążyć pewnie z 25 lat. Ale idźmy w tym kierunku".

Nie mam nic przeciwko, aby struktura rynku farmaceutycznego w najbliższych latach zmieniła się na korzyść rodzimych zakładów produkujących leki. Skoro taki model rozwoju gospodarczego (de facto model silnego patriotyzmu gospodarczego) z powodzeniem funkcjonuje w zachodniej Europie, to dlaczego nie miałby zacząć działać również w Polsce? W grę wchodzą w tym przypadku miliardy złotych, które zamiast być wypompowane poza granice Polski, mogłyby pozostać w kraju - zarówno jako zwiększone wpływy podatkowe, jak i dodatkowe środki na rozwój i inwestycje. Wystarczy, że będąc w aptece będziemy pamiętać, aby w miarę możliwości kupować leki wyprodukowane w naszym kraju.

 

Źródło: Wydajemy coraz więcej na leki. Wartość rynku to grube miliardy złotych (BusinessInsider.com.pl)
Źródło: Morawiecki: Deficyt general government spadnie do ok. 2 proc. PKB do 2019 r. (Forsal.pl)

wpis z dnia 29/12/2017

   


  

     Greccy armatorzy wybierają polskie stocznie. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno przemysł stoczniowy miał być zaorany
wpis z dnia 28/12/2017

 

Przypomnijmy - krótko po tym, jak rząd Tuska uznał, że nie wypada się odwoływać od decyzji Komisji Europejskiej w/s likwidacji stoczni w Gdyni i Szczecinie, opinię publiczną zaczęto urabiać z myślą, że cały przemysł stoczniowy to trzeba raczej zamknąć, to co się da powyprzedawać a stoczniowców przekwalifikować. W kilka lat później przychody funkcjonujących na terytorium Polski stoczni wzrosły o +4 mld zł, zatrudnienie o +30 proc., a rząd przyjął specjalną ustawę wzmacniającą finansowe możliwości polskiego przemysłu stoczniowego.

Właściciel Morskiej Stoczni Remontowej "Gryfia", mającej swoje doki w Szczecinie i Świnoujściu, właśnie poinformował, iż greccy armatorzy Roswell Tankers Corp. oraz Stealth Maritime powierzyli swoje jednostki wspomnianej stoczni w celu dokonania niezbędnych napraw i remontów. Łączna długość wszystkich remontowanych obecnie statków, które należą do wspomnianych armatorów, wynosi ponad kilometr.

W kontekście powyższej informacji warto wspomnieć, że przemysł stoczniowy w Polsce w ubiegłym roku wygenerował 10,6 miliarda złotych przychodów. Kwota ta była o 4 miliardy złotych większa od sumy przychodów osiągniętych przez przemysł stoczniowy w 2009 roku, kiedy zapadła decyzja o zamknięciu stoczni w Gdyni i Szczecinie z uwagi na decyzję Komisji Europejskiej. 

Warto przypomnieć, że w 2008 roku Komisja Europejska uznała, że pomoc publiczna jaka w przeszłości została przyznana polskim stoczniom w Gdyni i Szczecinie, była nielegalna i musi zostać zwrócona. Ówczesny minister Skarbu Państwa (a był nim Aleksander Grad) mógł złożyć skargę o stwierdzenie nieważności decyzji KE do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, na podstawie art. 230 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. Mógł on również wnioskować o wydanie zarządzenia tymczasowego w celu wstrzymania wykonania decyzji Komisji (art. 242 Traktatu). Możliwości takie wskazywała analiza sporządzona w czerwcu 2008 r. dla Agencji Rozwoju Przemysłu SA przez firmę doradczą KPMG.

Rząd Tuska podjął jednak decyzję, aby nie zaskarżać postanowienia Komisji Europejskiej, ani nie wnosić o wydanie zarządzenia tymczasowego. Minister Grad tłumaczył, iż "nie dysponował informacjami, z których można byłoby wywieść przekonujące argumenty przemawiające za zaskarżeniem decyzji Komisji". Zeznania pozyskane przez NIK w trakcie kontroli wskazują jednak na nieco inną przyczynę braku zastosowania środka odwoławczego. Kontrolerzy NIK stwierdzili, że kierownictwo Ministerstwa Skarbu Państwa uznało decyzje KE o konieczności zwrotu pomocy publicznej (z jednoczesnym odroczeniem samego procesu egzekwowania zwrotu tejże pomocy) za decyzję, od której najzwyczajniej w świecie... "nie wypadało się odwołać" (sic!).

Na szczęście te ciężkie czasy dla polskiego przemysłu stoczniowego mamy już za sobą. Kwota 10,6 mld zł przychodów za 2016 rok może być powtórzona w 2017 roku (odnotujmy, że na koniec roku 2016 w portfelu zamówień polskich stoczni było 21 statków w pełni wyposażonych oraz 53 zamówienia na statki częściowo wyposażone lub kadłuby). Dodatkowo w ubiegłym roku przyjęta została tzw. ustawa stoczniowa, która dała istotne ulgi i zwolnienia podatkowe dla funkcjonujących na terytorium Polski stoczni (w zamyśle miała ona pomóc polskim stoczniom konkurować o zamówienia ze stoczniami z zagranicy).

 

Źródło: Greccy armatorzy powierzyli swoje jednostki Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia (Stooq.pl)
Źródło: Przemysł stoczniowy w Polsce w 2016 roku 10,6 miliarda złotych przychodów! (PortalMorski.pl)

wpis z dnia 28/12/2017

   


   

     UE przedłuża sankcje wobec Rosji. W tym samym czasie niemiecki Siemens podpisuje nowy kontrakt na budowę elektrowni w Rosji
wpis z dnia 27/12/2017

 

Rada Unii Europejskiej na ostatnim szczycie przedłużyła funkcjonowanie sankcji gospodarczych wobec Rosji za nielegalną aneksję Krymu. To jest rzeczywistość nr 1. Decyzja Rady UE niemal zbiegła się w czasie z ogłoszeniem przez niemiecki koncern Siemens informacji, że będzie budował nową elektrociepłownie w Kazaniu o wartości 380 mln euro. I to jest rzeczywistość nr 2. Jak widać, gdy w grę wchodzi współpraca Niemców z Rosjanami za duże pieniądze, możliwe jest istnienie światów równoległych.

Przypomnijmy - 21 grudnia 2017 r. Rada Unii Europejskiej przedłużyła funkcjonowanie do 31 lipca 2018 r. sankcji gospodarczych wobec poszczególnych sektorów rosyjskiej gospodarki. Sankcje te mają przede wszystkim na celu (1) ograniczyć lub uniemożliwić głównym rosyjskim instytucjom finansowym oraz firmom energetycznym dostęp do unijnych rynków kapitałowych, (2) zakazać eksportu do Rosji produktów tzw. podwójnego zastosowania (tj. takich, które mogłyby być wykorzystywane zarówno przez instytucje cywilne oraz wojsko) oraz (3) ograniczyć Rosji dostęp do pewnych strategicznie cennych technologii i usług, które można wykorzystać do produkcji i wydobycia ropy naftowej. A wszystko to dlatego, że w 2014 roku Rosja zdecydowała się wbrew prawu międzynarodowemu zająć Półwysep Krymski, który terytorialnie należy do Ukrainy.

Sankcje sankcjami, ale biznes musi się kręcić. Szczególnie ten na linii Niemcy - Rosja. Okazuje się, że 18 grudnia 2017 r., a więc raptem na trzy dni przed decyzją unijnych przywódców o wydłużeniu funkcjonowania sankcji wobec Rosji, niemiecki Siemens podpisał z rosyjską spółką energetyczną Nizhnekamsknieftekhim kontrakt na budowę nowej elektrowni w Kazaniu. 

Zgodnie z oficjalną notą prasową Siemensa zawarty kontrakt obejmuje dostawę dwóch turbin gazowych SGT5-2000Е, jednej turbiny parowej SST-600 i odpowiednich systemów dystrybucji energii, a także 13-letniej umowy serwisowej, która zostanie doregulowana w późniejszym terminie. Wielkość zamówienia, w tym umowa serwisowa, wynosi 380 milionów euro. Elektrownia ma rozpocząć działalność w maju 2021 roku.

Sankcje gospodarcze, jak rozumiem, miały wymusić na Rosji zmianę stanowiska w sprawie okupowanego Krymu. W kontekście nowego kontraktu Siemensa w Rosji powstaje jednak pytanie - jaki jest sens i cel utrzymywania tych sankcji, skoro niemieckie firmy robią w najlepsze biznesy z Rosjanami? Czy nie jest trochę tak, że znowu stworzono dwa światy równoległe - w pierwszym z nich oficjalnie potępia się działania Rosjan na Ukrainie, nakłada sankcje i grozi palcem, ale już w drugim, gdzie rządzi pieniądz i biznesowe układy, to co Rosjanie zrobili na Ukrainie nie ma większego znaczenia, gdyż o wiele ważniejsze są nowe kontrakty i bieżący przepływ kasy w obu kierunkach. Jeśli tak się sprawy mają, to dalsze istnienie sankcji nie ma większego sensu, a polityka szeroko rozumianego "Zachodu" wobec Kremla jest obłudna i w dłuższej perspektywie totalnie nieskuteczna.

 

Źródło: Unia przedłużyła sankcje wobec Rosji (BiznesAlert.pl)
Źródło: Siemens wins a contract for the turnkey construction of a power plant in Tatarstan (Siemens.com)

wpis z dnia 23/12/2017

     


   

     Złoty jest w tym roku drugą najsilniejszą walutą świata. Pohukiwania dobiegające z Brukseli nie mają tutaj znaczenia
wpis z dnia 22/12/2017

 

Mało znany fakt: polski złoty pozostaje drugą najsilniejszą walutą świata. W relacji do amerykańskiego dolara zyskał od początku roku 18,5 proc. Do lidera tej klasyfikacji (czeskiej korony) traci niewiele (umocnienie względem USD na poziomie 19 proc.), a przewaga nad zajmującym trzecie miejsce euro jest spora (umocnienie względem USD na poziomie 12,5 proc.). Dzięki silnemu umocnieniu złotówki przyrost zadłużenia naszego kraju pierwszy raz w historii może być bliski zeru.

Polska waluta jest w cenie głównie z powodu przyzwoitych wyników gospodarczych (silny wzrost PKB) oraz nadspodziewanie dobrej sytuacji budżetowej (wysokie wpływy przy stosunkowo niskich wydatkach). Złoty najsilniej umocnił się w stosunku do dolara. Jeszcze rok temu za 1 USD trzeba było zapłacić ok. 4,23 zł. Dziś 1 USD kosztuje 3,53 zł. 

Uwzględniając inne waluty świata w relacji do amerykańskiego dolara okazuje się, że polski złoty jest w tym roku drugą najsilniejszą walutą na globie. Silniejsza od polskiej złotówki jest tylko czeska korona, ale bardzo niewiele (w relacji do amerykańskiego dolara korona zyskała 19 proc., a złotówka 18,5 proc.) i nie jest wykluczone, że do końca roku złoty wskoczy na pierwsze miejsce w tej klasyfikacji.

Co istotne - na pozycję złotego nie mają większego wpływu wydarzenia polityczne, takie jak np. uruchomienie przez Komisję Europejską art. 7.1 Traktatu UE. Na decyzję Komisji złoty zareagował chwilowym osłabieniem. Po godzinie powrócił do wyceny sprzed konferencji komisarza Timmermansa. 

Warto odnotować, że jednym z głównych efektów umocnienia złotego jest spadek salda zadłużenia Skarbu Państwa. Okazuje się, że na umocnieniu złotówki wobec głównych walut, w których wcześniej zaciągano pożyczki (USD, Euro, CHF, JPY) nasz kraj od początku roku "zarobił" już 19,1 mld zł. O tyle bowiem zmniejszyło się saldo zadłużenia Skarbu Państwa nominowane w walutach obcych. Finalny efekt tej sytuacji na koniec roku może być taki, że pierwszy raz w historii przyrost zadłużenia osiągnie poziom bliski zera.

 

Źródło: Symptomy przesilenia na rynkach (MyBank.pl)
Źródło: Złoty bez reakcji na wydarzenia polityczne (Stooq.pl)
Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (MF.gov.pl)

wpis z dnia 22/12/2017

   


  

     Mało kto toleruje donoszenie na swój kraj w celu wyrządzenia finansowej szkody. PO wkrótce boleśnie się o tym przekona 
wpis z dnia 21/12/2017

 

Przedstawicieli Platformy Obywatelskiej najmocniej przeraża... DEMOKRACJA, i to, że w wyniku demokratycznych wyborów utracili władzę, wpływy i pieniądze. Jeszcze w 2014 r. Stefan Niesiołowski krzyczał do PiS: "Wygracie wybory, to sobie wszystko przegłosujecie". Kilkanaście miesięcy później PiS wygrywa wybory i - ku wielkiemu zdumieniu nie mogących się otrząsnąć z porażki członków PO - zaczyna realizować swój program. Bezsilna opozycja wpada wówczas na pomysł, aby zacząć donosić na Polskę. To był ich największy błąd. Mało kto bowiem jest w stanie to tolerować.

Nie wszystko w tym co robi PiS może się podobać. Jest sporo kwestii, z którymi można polemizować. Jest też całe pole zaniedbań i błędów popełnionych przez przedstawicieli partii Kaczyńskiego, które trzeba wytykać i piętnować. Sugerowanie jednak, że działania PiS godzą w demokrację i są w istocie dyktaturą, wobec czego w reakcji możliwe jest stosowanie bezprawia w postaci dążenia do paraliżu prac parlamentarnych, jest grubym przegięciem. 

Tak samo przesadą jest uruchamianie przez Komisję Europejską art. 7 Traktatu o UE, bo Polska zapragnęła mieć system wyłaniania KRS podobny do hiszpańskiego czy niemieckiego. Twierdzenie, że rządzący PiS dokonuje "zamachu na niezależność sędziowską" jest dokładnie takim samym nadużyciem jak twierdzenie, że działania partii Kaczyńskiego uderzają w "wolność i demokrację".

W tym miejscu chciałbym zacytować post Szczepana Twardocha, człowieka którego nie posądzałbym o jakąkolwiek sympatię wobec PiS czy Kaczyńskiego. Dodam, że post ten został popełniony 13/12/2017 r.:

 

"Szanowni, czy słusznie wydaje mi się, że odwożąc rano smarkaczy do szkoły nie spotkałem po drodze najmniejszego nawet czołgu? Czy to prawda, że na Wiertniczą ani na Czerską nie wjechał Grom, ani nawet komandosi z Lublińca, na Zbawixie nie stoją leopardy i rosomaki, zaś na fejsie szitstormy hulają jak zawsze?
Skoro tak, to każdemu, kto z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego zechciałby ogłosić, że dziś, po 36 latach, znów jest tak samo jak wtedy, doradzam, by udał się niezwłocznie na poszukiwania ciężkiego, twardego przedmiotu, po czym pierdolnął się nim w łeb." 

 

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Jednym z głównych zarzutów jakie można stawiać obecnej opozycji parlamentarnej jest pomieszanie pojęć. Swoich przeciwników politycznych nazywają "faszystami", normalne zachowania parlamentarne porównują do "zamachów na demokrację", a lider PiS jest dla nich "dyktatorem". W swojej totalniackiej semantyce nakręcili się już do tak absurdalnego stopnia, że uznali donoszenie na swój kraj do Komisji Europejskiej za coś zupełnie normalnego. 

Zwykli ludzie widzą doskonale, że przeciwnicy PO nie są żadnymi faszystami, nikt nie organizuje zamachów na demokrację, a Kaczyńskiego trudno jednak zrównać z Saddamem Husajnem. W tych okolicznościach nie mam wątpliwości, że uruchomienie art. 7 Traktatu o UE na podstawie nie mających odzwierciedlenia w rzeczywistości donosów PO będzie dla tej partii bardzo bolesne...

wpis z dnia 21/12/2017

    


   

     Największa inwestycja państwowej spółki za rządów PO okazała się być gigantyczną wtopą. Kto próbował wsadzić KGHM na minę?
wpis z dnia 20/12/2017

 

Na koniec 2011 r. KGHM był w doskonałej kondycji finansowej. Spółka nie posiadała żadnych zobowiązań kredytowych. Szykowała się do wypłaty olbrzymiej dywidendy. Ale przyszedł rok 2012 i władze tego państwowego giganta (kontrolowanego wówczas przez rząd Tuska), postanowiły zainwestować wolne środki. Za 9,44 mld zł nabyły kanadyjską spółkę wydobywczą Quadra FNX. W ciągu 4 kolejnych lat długi polskiego giganta miedziowego urastają do 6,55 mld zł, a złoża Quadry zlokalizowane w Chile zamiast zysków zaczęły przynosić setki milionów strat.

Tuż po przejęciu przez KGHM kanadyjskiej Quadry okazało się, że spółka Sierra Gorda SCM (która jest kontrolowana przez Quadrę) wcale nie była perłą w koronie, która miała KGHM dać gigantyczne zyski. Projekt ten wymagał przeprowadzenia sporych inwestycji, a na to były potrzebne potężne pieniądze. Sierra Gorda podpisała wówczas z kilkoma japońskimi bankami umowę kredytu na kwotę 1 mld USD. 

Bardzo szybko zrozumiano, że inwestycja KGHM w kanadyjską Quadrę to - delikatnie mówiąc - nie był strzał w "dziesiątkę". Kopalnia Sierra Gorda miała wydobywać 120 tys. ton miedzi i 50 mln funtów molibdenu rocznie. Niestety ilość wydobywanego surowca okazała się być znacznie mniejsza. Efekt? Kolejne nakłady inwestycyjne w chilijską kopalnie zmusiły KGHM do zawarcia w lipcu 2014 r. umowy niezabezpieczonego odnawialnego kredytu konsorcjalnego w kwocie 2,5 mld USD! Kurs akcji KGHM na warszawskiej giełdzie poleciał na łeb na szyję, a na koniec 2015 r. suma zobowiązań spółki w przeliczeniu na złotówki przekroczyła równowartość 6,55 mld zł.

Projekt Sierra Gorda tylko przez 2 lata przyniósł 7,5 mld zł straty. Zamiast wielkiej inwestycji, która miała polskiemu KGHM przynosić duże zyski, spółka ciągle ma w Chile wielką dziurę w ziemi. Obecnie ostrożne szacunki mówią, że na pierwsze zyski z chilijskiej części Quadry KGHM będzie mógł liczyć dopiero za 3-4 lata.

Ale to nie koniec złych wiadomości związanych z decyzją zarządu KGHM z 2012 roku, aby przejąć kanadyjską Quadrę. Kilka dni temu władze prowincjonalne kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska nie przyznały Certyfikatu Oceny Środowiskowej dla projektu budowy kopalni miedzi i złota "Ajax", który również został nabyty przez KGHM w trakcie przejmowania Quadry. Wygląda więc na to, że KGHM w Kanadzie dysponuje, póki co, kosztownym fragmentem ziemi na pustkowiu, z którym nic nie może zrobić.

Powstaje pytanie - gdzie była Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma obowiązek osłaniać wywiadowczo duże inwestycje strategicznych spółek Skarbu Państwa? Zgodnie z ustaleniami portalu Kulisy24.com - przy prawidłowym przeprowadzeniu badań i wycenie, zakup kanadyjskiej Quadry z jej złożami i zastałą infrastrukturą przez KGHM powinien być zatrzymany przez wewnętrzne mechanizmy spółki lub wrocławską ABW, która otacza KGHM, jako spółkę o strategicznym znaczeniu dla państwa - specjalną opieką. Tak się jednak nie stało. Pytanie - dlaczego? Czy komuś zależało, aby polski champion wtopił w przejęcie Quadry? Skąd wzięły się międzynarodowe kancelarie prawnicze, które doradzały KGHM podczas negocjacji w/s zakupu Quadry? Dlaczego nie wskazały na niebezpieczeństwa związane z tą transakcją?

 

Źródło: Dojenie KGHM (Kulisy24.com)
Źródło: KGHM miał 2,79 mld zł jednostkowej i 5,01 mld zł skonsolidowanej straty netto w '15 (Bankier.pl)
Źródło: KGHM ma problem z kopalnią Ajax w Kanadzie (Wnp.pl)
Źródło: O czym milczy KGHM? (GF24.pl)

Źródło: Sierra Gorda przez 2 lata przyniosła 7,5 mld zł straty. Inwestycja KGHM zwróci się? (Money.pl)

wpis z dnia 20/12/2017

   


  

     RFN zgarnia obecnie 100 proc. nadwyżki handlowej całego eurolandu. Strefa euro jest stworzona dla Niemców
wpis z dnia 19/12/2017

 

Zgodnie z najnowszymi danymi Eurostatu nadwyżka w obrotach handlowych całej strefy euro (18 państw) wyniosła we październiku br. 18,9 mld €. Jeśli jednak rozłożymy ją na czynniki pierwsze to okaże się, że w 100 proc. przypadła ona RFN! Niemiecki urząd statystyczny Destatis potwierdził bowiem, że w październiku nadwyżka handlowa tego kraju wyniosła dokładnie... 18,9 mld €. Pamiętajmy jedno - strefa euro została stworzona głównie po to, aby gospodarka naszego zachodniego sąsiada miała się doskonale.

Najnowsze dane Eurostatu oraz Destatisu potwierdzają - w Europie (a dokładnie w strefie euro) lider jest tylko jeden. To gospodarka naszego zachodniego sąsiada - Niemiec. Okazuje się, że w październiku cała nadwyżka handlowa strefy euro (tj. różnica między wartością importu a eksportu) wyniosła 18,9 mld €. Kwota ta w 100 proc. przypadła gospodarce RFN, co oficjalnie potwierdził niemiecki urząd statystyczny Destatis.

W kontekście powyższego warto wiedzieć, że gospodarka Niemiec opiera się przede wszystkim na eksporcie. Aby był on opłacalny waluta, za pomocą której dokonywane są transakcje, nie może być zbyt silna. Szczególnie względem walut obowiązujących u największych partnerów handlowych. Niemieccy stratedzy finansowi doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego już od lat 90-tych robili dosłownie wszystko, aby na terenie EWG (a później UE) wprowadzić jednolitą walutę, która uratowałaby niemiecką gospodarkę przed utratą konkurencyjności. W ten sposób wymyślono euro - wspólną walutę wielu różnych gospodarek Unii Europejskiej. 

Gdyby dzisiaj w Niemczech obowiązywała marka (DM), to nasz sąsiad podzieliłby los Szwajcarii, której gospodarka utraciła sporą część swojej konkurencyjności poprzez zbyt silną wartość franka szwajcarskiego. Im bowiem niemiecka gospodarka byłaby silniejszą, tym automatycznie silniejsza byłaby niemiecka marka. A taka konfiguracja jest najgorsza dla maksymalizacji zysków wynikających z eksportu. Dlatego potrzeba było "spłycenia" wartości wspólnej waluty transakcyjnej, tak aby eksport nadal się opłacał i generował rekordowe nadwyżki w handlu zagranicznym. Dzięki temu, że w strefie euro mamy takie gospodarki jak Grecja, Włochy czy Hiszpania dziś w kantorach za 1 euro płacimy ok. 4,20 zł, a nie 5,50 zł. A taka konfiguracja jest bardzo korzystna dla niemieckich eksporterów sprzedających towary w Polsce. 

W kontekście powyższego nie powinno nas dziwić to, że niemieccy politycy zachęcają państwa UE, które jeszcze w strefie euro się nie znajdują, do tego aby jak najszybciej przyjęły wspólną walutę. Najzwyczajniej w świecie jest to bowiem w interesie naszego zachodniego sąsiada, którego politycy w wejściu do strefy euro Polski, Węgier, Rumunii czy Bułgarii upatrują szansę na zwiększenie konkurencyjności własnej gospodarki poprzez kontrolowane osłabienie euro względem dolara, funta, rubla czy juana. Bo to, że po wejściu do eurolandu gospodarek wspomnianych państw wartość euro nieznacznie by się osłabiła jest zupełnie oczywiste. A w takich okolicznościach Niemcy mogliby zmaksymalizować swoje dochody z tytułu eksportu.

 

Źródło: Nadwyżka w handlu zagranicznym Niemiec wyniosła 18,9 mld euro w październiku (Money.pl)
Źródło: Eurostat: Nadwyżka w handlu zagr. strefy euro wyniosła 18,9 mld euro w X (Money.pl)

wpis z dnia 19/12/2017

  


 

     Skok na państwową kasę jakich mało: Straty sięgnęły 105 mln zł, a sąd skazuje na karę w zawieszeniu!
wpis z dnia 18/12/2017

 

PERN to strategiczna spółka Skarbu Państwa. W 2002 r. podjęła decyzję o budowie tzw. III nitki ropociągu "Przyjaźń". Wszystko super i fajnie, tylko że jako głównego wykonawcę tej inwestycji wybrano konsorcjum tworzone przez nomenklaturową spółkę, która nie bardzo znała się na budowie ropociągów! Efekt był taki, że wykonawca dostawał od PERN-u gigantyczne pieniądze, ale nowy ropociąg nie powstawał. Z kasy spółki Skarbu Państwa wydojono ok. 105 milionów złotych. Jedyną konsekwencją całej afery były... trzy krótkie wyroki więzienia w zawieszeniu!

PERN, a dokładnie Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych, to strategiczna (pod względem bezpieczeństwa energetycznego Polski) spółka Skarbu Państwa. Tłoczy ona ropę naftową rurociągiem "Przyjaźń" z Rosji do rafinerii krajowych: PKN Orlen w Płocku i Grupy Lotos w Gdańsku, a także dwóch rafinerii w Niemczech: PCK Schwedt i Mider Spergau.

Na początku 2002 r. PERN ogłosiło przetarg na budowę III nitki rurociągu naftowego "Przyjaźń": od granicy polsko-białoruskiej w Adamowie do Plebanki koło Płocka. Warto odnotować, że szefem PERN został wówczas Stanisław J., członek władz krajowych SLD. 

W 2002 r. oferty wstępne na wybudowanie 230 km rurociągu od granicy z Białorusią do Płocka złożyły cztery firmy. Do drugiego etapu przeszły dwie - Prochem oraz mała, nomenklaturowa spółka Megagaz. Dlaczego nomenklaturowa? Otóż jej prezesem był Zbigniew Sowiński, mający wielu przyjaciół w ówczesnym MON i Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Przewodniczącym rady nadzorczej Megagazu był Jerzy Napiórkowski, wiceminister finansów w latach 1986-1990, a wiceprzewodniczącymi byli Wiesław Huszcza (były skarbnik SdRP, dziś SLD) oraz Roman Kurnik, były kadrowiec SB, a następnie doradca wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki (SLD). Bezpośrednio przed zawarciem kontraktu pomiędzy PERN i Prochem-Megagaz wiceprzewodniczącym rady nadzorczej w tej ostatniej spółce był również Andrzej Celiński.

Pierwotnie przetarg wygrała oferta Megagazu (była tańsza od oferty Prochemu). Zarząd PERN nie zatwierdził jednak tej decyzji (przeczuwając, że może być z tego skandal). W międzyczasie Prochem i Megagaz podpisują jednak umowę o stworzeniu konsorcjum (na co nalegać mieli przedstawiciele samego PERN-u). W efekcie komisja przetargowa PERN unieważniła swój pierwszy wybór i przetarg ostatecznie wygrało konsorcjum Prochem-Megagaz. Ich zaktualizowana oferta była jednak o wiele mniej korzystna niż ta wybrana na początku.

Niestety umowa na budowę III nitki rurociągu naftowego "Przyjaźń" okazała się być fatalnie skonstruowana. Po pierwsze - wykonawca szybko stwierdził, że nie będzie uzgadniał z poszczególnymi gminami, gdzie miała bieg III nikta ropociągu, planów zagospodarowania przestrzennego. Obowiązek te spadł na PERN, który... nie miał do tego ludzi (w ostateczności zlecił to jeszcze innej firmie). Po drugie - PERN miał płacić konsorcjum na bieżąco - procentową stawkę od kosztów inwestycji. Problem - w ocenie prokuratury, która badała sprawę - polegał na tym, że w umowie nie zawarto określonych parametrów cenotwórczych. Efekt był taki, że kasa szła, ale nie wiadomo na co dokładnie, bo rurociąg przez pierwsze 1,5 roku w ogóle nie był budowany. Po trzecie - przez pierwsze 2,5 roku po rozstrzygnięciu przetargu po stronie PERN praktycznie nie było nadzoru nad inwestycją. W konsekwencji powyższego nikt wykonawcy nie pilnował, nie weryfikował nakładów inwestycyjnych, nie kontrolował zakresu wykonanych robót, co w sposób istotny ułatwiało wyciąganie kasy.

W listopadzie 2005 roku (a więc ponad 3 lata od momentu rozstrzygnięcia przetargu) PERN wypowiedział konsorcjum Prochem-Megagaz umowę na realizację III nitki rurociągu "Przyjaźń" na Odcinku Wschodnim (Adamowo-Płock). Oficjalnym powodem wypowiedzenia przez PERN umowy na generalną realizację inwestycji było "nienależyte wykonywanie jej zapisów przez Konsorcjum Prochem-Megagaz" - wyjaśnił wówczas PERN w komunikacie.

PERN podliczył wszystko i stwierdził, że w ciągu tych 3 lat mocno przepłacił. Dokładnie 105 mln zł. Gdzie ta kasa wylądowała? Nie wiadomo.

Za całą aferę zostały skazane raptem trzy osoby - były prezes PERN-u Stanisław J. oraz dwóch byłych członków zarządu firmy: Grzegorz L. i Andrzej Ż. Za "działanie na szkodę spółki" sąd skazał ich na rok i 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata (w przypadku Stanisława J. oraz Grzegorza L.) oraz na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata (w przypadku Andrzeja Ż.). Dodatkowo musieli oni zapłacić grzywny w łącznej wysokości 55 tys. zł. Jak na wysokość strat poniesionych przez PERN (szacowane na 105 mln zł), wspomniane wyroki w zawieszeniu oraz grzywny, to zupełnie śmieszna kara.

 

Źródło: Wyrok w spawie trzeciej nitki (Wyborcza.pl)
Źródło: Kulisy przetargu na budowę ropociągu "Przyjaźń". Co się stało z kilkuset milionami złotych? (PolskieRadio.pl)
Źródło: Rurociąg przyjaciół (Wprost.pl)
Źródło: Wojciech Sumliński wygrał w sądzie z Megagazem (PolskieRadio.pl)

wpis z dnia 18/12/2017

   


   

     Jak postkomunistyczny rząd SLD oddał się Rosjanom w/s gazu. Zamiast II nitki Jamalskiego powstał Nord Stream!
wpis z 15/12/2017

 

Czytając doniesienia na temat renegocjacji kontraktu jamalskiego, do jakich doszło w 2003 roku można odnieść wrażenie, iż Marek Pol z rządu SLD-UP odegrał kluczową rolę nie tylko w uzależnieniu Polski od dostaw gazu z Rosji, ale również w powstaniu omijającego nasz kraj gazociągu Nord Stream. Podpisaną przez Pola umowę z Rosjanami NIK uznała później za "niezgodną z interesem Polski". W jej efekcie strona polska zgodziła się na to, aby II nitka Gazociągu Jamalskiego nigdy nie powstała, co "zmusiło" Rosjan do budowy Nord Streamu. 

W lutym 2003 roku w Programie 1 Polskiego Radia wicepremier w rządzie SLD-UP Marek Pol oświadczył, że druga nitka Gazociągu Jamalskiego jest nam (Polsce) niepotrzebna: "Nikt nie wybuduje rury, która będzie prowadziła donikąd i nie będzie miała końca, czyli odbiorców gazu. Zarówno my, w Polsce, na początku lat 90., jak i nasi partnerzy w Europie po prostu pomyliliśmy się w założeniach gazowych. Takich ilości gazu Europa nie potrzebuje, jak wtedy zakładano, stąd problem z drugą nitką".

To oświadczenie Pola było de facto dorabianiem narracji uzasadniającej dopiero co podpisaną z Rosjanami nową umowę na dostawy gazu do Polski. Ale po kolei...

Na przełomie 2002 i 2003 roku Rosjanie zaczęli rozeznawać się czy możliwa będzie budowa gazociągu po dnie Bałtyku, który omijałby Białoruś, Ukrainę i Polskę, znajdując ujście dopiero na niemieckich plażach. Wyszło im wówczas, że opcja jest możliwa, ale najpierw muszą "uporać się" (czytaj: anulować) ze zobowiązaniem co do budowy II nitki biegnącego przez nasz kraj Gazociągu Jamalskiego. Zobowiązanie to wynikało z polsko-rosyjskiego protokołu w zakresie realizacji dostaw gazu z 1995 roku, zgodnie z którym w latach 2000 większość gazu dla Polski miała być dostarczona za pośrednictwem dopiero planowanej II nitki wspomnianego gazociągu.

Rosjanie wiedzieli, że nie ma ekonomicznego sensu równoczesna budowa dwóch gazociągów biegnących na zachód Europy - jednego po dnie Bałtyku, a drugiego poprzez terytorium Polski. Trzeba było jakoś uporać się z tym "problemem". Na szczęście dla Kremla pod koniec 2001 roku władzę w Polsce obejmuje ekipa postkomunistów z SLD oraz Unii Pracy z nieocenionym Markiem Polem. 

Pol zostaje wyznaczony przez rząd do renegocjowania protokołu gazowego z 1995 roku. W lutym 2003 roku podpisuje on z Rosjanami nową umowę na dostawy gazu do Polski, którą Najwyższa Izba Kontroli (NIK) uznała później za niezgodną z interesem Polski. W raporcie NIK na ten temat czytamy m.in.: "W trakcie renegocjacji warunków dostaw gazu z Rosji doszło do rażących naruszeń ustawy z 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych, za co główną odpowiedzialność ponoszą: premier Leszek Miller oraz wicepremier Marek Pol, a także minister gospodarki Jacek Piechota. Renegocjacje niekorzystnego dla Polski kontraktu na dostawy gazu z Rosji, doprowadziły do dalszego faktycznego ograniczenia możliwości dywersyfikacji". W pokontrolnym raporcie NIK napisano dalej: "Analiza poszczególnych rozwiązań zawartych w protokole wskazuje na zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju oraz niedostateczną ochronę interesów strony polskiej". 

Kluczowym elementem nowej umowy był jednak tzw. "protokół dodatkowy", w którym strona polska zgodziła się na odbiór większości zakontraktowanego gazu nie z II nitki Gazociągu Jamalskiego (tak jak przewidywała to umowa z 1995 roku) lecz z istniejących już łączników systemowych na granicy z Białorusią i Ukrainą. Tym samym Rosjanie uporali się z kluczowym blokerem ekonomicznym, który podważał sens budowy de facto konkurencyjnego do II nitki "Jamału" gazociągu po dnie Bałtyku.

Warto zauważyć, że dopiero po podpisaniu "protokołu dodatkowego", anulującego zobowiązanie do budowy II nitki Gazociągu Jamalskiego, Rosjanie na dobre przystępują do prac przygotowawczych i lobbingu w zakresie budowy Nord Streamu. Z perspektywy czasu wydaje się, że decyzja Marka Pola, aby zgodzić się na podpisanie wspomnianego protokołu, była jedną z kluczowych dla Nord Streamu. Niewykluczone, że gdyby nie "protokół dodatkowy" Rosjanie musieliby wybudować II nitkę Jamału na zachód Europy przez terytorium Polski, przez co budowa ultra drogiego Nord Streamu w ogóle by się nie kalkulowała.

 

Źródło: Gazowy szantaż (BoguslawSonik.pl)
Źródło: Gazowi sojusznicy Kremla (Glos.com.pl)

wpis z 15/12/2017

  


   

     Jako 5-letni chłopczyk podczas pacyfikacji wsi został ciężko poparzony przez SS. Odmówiono mu wypłaty odszkodowania od Niemiec

wpis z dnia 14/12/2017

 

Ta bulwersująca historia wydarzyła się naprawdę. Winicjusz Natoniewski jako 5-letni chłopczyk cudem przeżył pacyfikację swojej rodzinnej wsi przez Niemców. Doznał jednak okrutnych poparzeń całego ciała (Niemcy spalili jego dom, w którym się ukrył). Cierpienia fizyczne oraz psychiczne jakie przeszedł ciężko porównać z czymkolwiek. Po latach Natoniewski zażądał od rządu Niemiec miliona złotych zadośćuczynienia. Okazało się jednak, że to niemożliwe. Każdy sąd (łącznie z Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze) przyznawał bowiem Niemcom immunitet.

Winicjusz Natoniewski w 2007 roku rozpoczął swoją walkę za otrzymanie należnego zadośćuczynienia za krzywdy i cierpienia, jakich doznał w trakcie wojny. Kiedy miał 5 lat pacyfikujący jego rodzinną wieś Szczecyn Niemcy chcieli go spalić żywcem. Przeżył cudem doznając ciężkich poparzeń całego ciała. W ciągu życia przeszedł kilka bolesnych operacji, których celem była rekonstrukcja jego twarzy.

W 2007 roku skierował przeciwko państwu niemieckiemu pozew żądając odszkodowania w wysokości 1 mln zł tytułem zadośćuczynienia za doznane krzywdy, jakich sprawcami byli niemieccy SS-mani podczas nieuzasadnionej militarnie pacyfikacji wsi Szczecyn. Sąd Okręgowy w Gdańsku stwierdził jednak, że musi oddalić pozew Natoniewskiego, bowiem Republika Federalna Niemiec posiada tzw. immunitet państwowy, który powoduje, że nie można jej pozwać przed sądem innego państwa, mimo przyczyna zobowiązania (w tym przypadku barbarzyński czyn niedozwolony) został dokonany na terytorium tegoż innego państwa właśnie. Natoniewski odwołał się do Sądu Apelacyjnego, ale te podzielił opinię sądu niższej instancji. 

W 2009 roku pełnomocnik Natoniewskiego skierował skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. - "My nadal uważamy, że w przypadku zobowiązania wynikającego z czynu niedozwolonego, a takim była nieuzasadniona militarnie pacyfikacja wsi Szczeczyn, właściwym do rozpoznania sprawy jest sąd w kraju, w którym powstało zobowiązanie" - twierdził mec. Roman Nowosielski, który zdecydował się bezpłatnie reprezentować Natoniewskiego.

Niestety, także Sąd Najwyższy uznał, że polskie sądy nie mogą rozpatrzeć pozwu przeciwko Niemcom, nawet gdy chodzi o zadośćuczynienie za doznane w trakcie dokonywania zbrodni wojennej krzywdy. Sędziowie SN stwierdzili wówczas, że Niemcom - mimo naruszenia przez ich siły zbrojne prawa międzynarodowego - należy się immunitet.

Natoniewski się nie poddał. W maju 2011 roku skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i przeciwko Niemcom, i Polsce. W skardze tej domagał się łącznie 250 tys. euro zadośćuczynienia.

Niestety, w 2012 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) w Hadze orzekł, że zagraniczne sądy nie mogą wydawać wyroków przeciw Niemcom nawet w przypadku zbrodni wojennych. Sędziowie uznali, że Niemcy chroni zasada immunitetu państwowego. - "Nawet ciężar zbrodni nie znosi zasady immunitetu państwa" – podkreślił wówczas Trybunał w Hadze.

Wyrok MTS w Hadze de facto przesądził o sprawie Natoniewskiego. Mimo potwornych krzywd fizycznych i cierpienia psychicznego nigdy nie otrzymał należnego zadośćuczynienia finansowego. Współczesna doktryna międzynarodowego prawa prywatnego chroni bowiem naszego zachodniego sąsiada przed wszelkimi konsekwencjami finansowymi bestialskich czynów popełnionych w trakcie II wojny światowej.

 

Źródło: Włosi idą do Niemców po odszkodowania (NaszDziennik.pl)
Źródło: Nie pozwiesz RFN przed polski sąd (Rp.pl)
Źródło: Sąd Najwyższy przyjął do rozpatrzenia precedensową skargę (Lex.pl)
Źródło: STRASBURG UZNAŁ RACJE BERLINA (RadioMaryja.pl)

wpis z dnia 14/12/2017

  


 

     Gdzie byli wszyscy obrońcy demokracji, gdy KRRiT nakładała karę dla TV Trwam za relacje z Marszu Niepodległości?!
wpis z dnia 13/12/2017

 

W 2014 roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT) nałożyła na Fundację "Lux Veritatis" karę w wysokości 50 000 zł. Powodem miał być sposób relacjonowania wydarzeń związanych z Marszem Niepodległości. Wówczas jednak "obrońcy demokracji i praworządności" siedzieli cicho. Kiedy dziś z tego samego artykułu ukarano TVN, obrońcy demokracji i praworządności wyrażają święte oburzenie. Powiem krótko - plemienna radość, że pożar lasu najpierw spalił tą drugą wioskę nie może nam przesłonić absurdalności obu decyzji KRRiT! 

Przypomnijmy - we wrześniu 2014 roku przewodniczący Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (a był nim wówczas z nadania Bronisława Komorowskiego - Jan Dworak) nałożył na Fundację Lux Veritatis karę w wysokości 50 000 zł za "propagowanie działań sprzecznych z prawem w Telewizji Trwam". Chodziło o sposób relacjonowania wydarzeń z Marszu Niepodległości w Warszawie jakie miały miejsce 11 listopada 2013 roku (wówczas spalono tęcze na pl. Zbawiciela). Co istotne - przeciwko decyzji przewodniczącego KRRiT nie protestował żaden z dzisiejszych "obrońców demokracji i praworządności". 

Dzisiaj, kiedy KRRiT podjęła uchwałę upoważniającą jej przewodniczącego do wydania decyzji o nałożeniu kary pieniężnej na nadawcę programu TVN 24 (powołując się na ten sam artykuł co w przypadku TV Trwam), ci sami "obrońcy demokracji i praworządności" wrzeszczą o cenzurze i zamachu na podstawowe prawa i wolności. Druga strona politycznego nie kryje zaś radości z powodu ukarania "znienawidzonej stacji", "goebbelsowskiej szczujni" czy też "siewcy zakłamanej propagandy".

W mojej ocenie do sprawy kar nakładanych przez KRRiT trzeba podejść bez emocji związanych z plemiennym podziałem na Polskę A i Polskę B. Tak jak absurdalna była decyzja o nałożeniu kary na nadawcę TV Trwam, tak i równie absurdalna jest obecna decyzja w/s TVN 24. Racje ma Łukasz Adamski, publicysta portalu wPolityce.pl, który komentując sprawę nałożenia przez KRRiT kary na TVN celnie zauważył:

 

"Prywatne media mają prawo do posiadania własnej linii ideologicznej. Mają prawo do skrajnego braku obiektywizmu. Rozliczyć je za to powinni odbiorcy. Pilotem w ręku i w salonie prasowym. Nie chcę w tym krótkim komentarzu używać wielkich słów, ale >> wolność słowa polega na mówieniu innym, tego czego nie chcą usłyszeć <<. Orwell tak uważał. Ja się z nim zgadzam."

 

Ktoś powie - nie zgadzam się z tym, co pisze Adamski. TVN zasłużył na karę za swój stronniczy i nieobiektywny przekaz. No OK. Przyjmuje do wiadomości. Nie zgadzając się jednak z powyższą opinią Adamskiego z automatu powinno nam być bliskie stanowisko, zgodnie z którym KRRiT w najbliższym czasie musi zająć sprawą jawnie nieobiektywnej TVP Info, której relacje na temat bieżących wydarzeń politycznych z rzetelnością dziennikarską nie mają nic wspólnego. Inaczej pogłębimy tylko plemienne podziały, generując przy tym emocje, które przesłonią racjonalne myślenie.

 

Źródło: Swoboda wypowiedzi nie zwalnia od odpowiedzialności (Krrit.gov.pl)

Źródło: Nie rozumiem radości z kary na TVN24. Ta sama interpretacja przepisów pozwoli karać prawicowe media (wPolityce.pl)

Źródło: Piotr Ryś (Twitter.com)

wpis z dnia 13/12/2017

   


  

     Tego jeszcze nie było: Senat przyjął ustawę mimo braku kworum! To bardzo niebezpieczny precedens!
wpis z dnia 12/12/2017

 

7 grudnia 2017 roku przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu, jako dzień w którym po raz pierwszy uchwalono ustawę bez wymaganego kworum. Co do zasady ustawy powinny być przyjmowane zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów lub senatorów. Tymczasem przegłosowana w ostatni piątek ustawa o likwidacji progu 30-krotności składki emerytalnej została przyjęta przez zaledwie 48 senatorów. Uchwalenie tej ustawy, mimo że do ustawowego kworum zabrakło 2 głosów, oznacza bardzo niebezpieczny precedens!

Zgodnie z treścią Regulaminów Sejmu i Senatu obecność posła/senatora na posiedzeniu Sejmu/Senatu potwierdzana jest na liście obecności wykładanej każdego dnia posiedzenia do czasu zakończenia obraz oraz potwierdzony wydrukami udział w głosowaniach. Fakt - przepis ten można interpretować na dwa sposoby. Jednak już na stronie Sejmu (w zakładce "Posiedzenia Sejmu") czytamy, że do kworum nie są wliczani posłowie, którzy będąc na sali, nie podjęli żadnej decyzji, czyli nie zagłosowali ani "za", ani "przeciw", ani "wstrzymuje się".

Jeśli interpretację dostępną na stronie Sejmu rozciągniemy per analogiam na zakres prac Senatu (a mamy ku temu podstawy, choćby poprzez tożsame co do treści fragmenty regulaminów prac Sejmu i Senatu co do obecności), to jasnym się staje, iż ustawowe kworum jest uzależnione od liczby głosujących w danej chwili nad konkretną ustawą senatorów.

Uwzględniając powyższe stwierdzić należy, iż w przypadku senackiego głosowania ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz niektórych innych ustaw, która dotyczyła likwidacji progu 30-krotności składki emerytalnej, o ustawowym kworum nie mogło być mowy. Zgodnie bowiem z oficjalnymi informacjami dostępnymi na stronie Senatu w głosowaniu wzięło udział zaledwie 48 senatorów. Do tego, aby stwierdzić kworum zabrakło zatem 2 głosujących senatorów.

Pomijam tutaj kwestię, że za zerwanie kworum odpowiadają senatorowie totalnej opozycji. Fakt jest taki, że kworum nie było i ustawa nie powinna być traktowana jako uchwalona przez Senat (a tak właśnie dziś jest traktowana). To bardzo niebezpieczny precedens. Z dwóch powodów. Po pierwsze PiS mógł bez problemu powtórzyć głosowanie na kolejnym posiedzeniu, zapewniając na sali posiedzeń odpowiednią liczba swoich senatorów (partia Kaczyńskiego ma ich w Izbie Wyższej łącznie aż 64). Po drugie - nie można wykluczyć, że kiedyś w przyszłości to PiS będzie chciał zastosować manewr z zerwaniem kworum, aby storpedować niekorzystny - z punktu widzenia reprezentowanych przez tę partię interesów - proces legislacyjny. Co jeśli Platforma, Nowoczesna lub ktokolwiek, kto będzie rządził stwierdzi, że pomimo skutecznego zerwania kworum, te i tak zostało zapewnione, gdyż "taka jest interpretacja marszałka Senatu"...?

 

Źródło: Ustawa o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz niektórych innych ustaw (Senat.gov.pl)
Źródło: Posiedzenia Sejmu (Sejm.gov.pl)
Źródło: Regulamin Senatu (Senat.gov.pl)

wpis z dnia 12/12/2017

    


  

     Prywatyzacja SPEC - czy ludzie z PO naprawdę musieli wyprzedawać wszystko co cenne i przynosiło zyski?!
wpis z dnia 11/12/2017

 

Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej (SPEC) było największą miejską firmą zajmującą się energetyką cieplną w całej UE. Zmodernizowana infrastruktura oraz duże nakłady inwestycyjne spowodowały, że jakość usług ciepłowniczych w Warszawie stała na bardzo wysokim poziomie, a ceny należały najniższych w Polsce. Co istotne - SPEC generował spore zyski. W 2009 r. było to 36 mln zł. Niestety, Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła wówczas decyzję (wbrew woli mieszkańców), aby to świetnie działające przedsiębiorstwo-monopolistę wyprzedać firmie z zagranicy. 

Nie raz już pisałem na łamach tego bloga, że okres rządów PO-PSL to był czas nieustannego wyprzedawania majątku narodowego. Oficjalne statystyki ze strony Ministerstwa Skarbu mówią, że w latach 2008 - 2014 wyprzedano majątek Skarbu Państwa o łącznej wartości 58,615 miliardów złotych (na marginesie - w ciągu 2 lat rządów Beaty Szydło sprywatyzowano majątek o wartości zaledwie 0,057 mld zł). Okazuje się jednak, że wyprzedaży podlegał nie tylko majątek kontrolowany przez Skarb Państwa, ale również taki, który należał do lokalnych samorządów, gdzie rządzili (lub nadal rządzą) przedstawiciele Platformy Obywatelskiej. Doskonałym tego przykładem jest historia prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej (SPEC).

SPEC było największą miejską firmą zajmującą się energetyką cieplną w całej Unii Europejskiej. Spółka ta zarządzała jednym z największych na świecie systemów ciepłowniczych o długości 1700 kilometrów, ogrzewała 19 tys. obiektów i zaspokajała 80 proc. potrzeb cieplnych Warszawy. Co ważne - SPEC zmodernizowała większą część infrastruktury ciepłowniczej w Warszawie (ponosząc spore nakłady inwestycyjne). Dzięki temu jednak jakość świadczonych usług stała na bardzo wysokim poziomie (praktycznie brak awarii i przerw w dostawie ciepła), a ceny dla odbiorców ciepła należały do jednych z najniższych w naszym kraju. W 2009 roku SPEC osiągnął blisko 1,3 mld zł przychodów ze sprzedaży, a zysk na czysto tej spółki wyniósł 36 mln zł.

Do 2011 roku była to spółka miejska, a więc kontrolowana przez władze Miasta Stołecznego Warszawy. Niestety Hanna Gronkiewicz-Waltz z jakiegoś powodu uznała, że SPEC - jako doskonale działające przedsiębiorstwo miejskie, będące jednocześnie monopolistą na rynku warszawskim - musi być sprywatyzowane. 

Na mocy podpisanej pod koniec lipca 2011 roku umowy prywatyzacyjnej, 85 proc. akcji SPEC została odkupiona przez francuski koncern energetyczny Dalkia. Kwotę transakcji ustalono na 1,44 mld zł. Umowa między miastem a inwestorem była warunkowa. Wymagała zgody Rady Warszawy oraz Komisji Europejskiej. Z tym jednak nie było problemu - zdominowana przez polityków PO Rada Miasta Warszawy taką zgodę udzieliła, a Komisja Europejska równie ochoczo dała "zielone światło" na realizację tej transakcji. 

Warto odnotować, że w momencie zakupu SPEC spora część akcjonariatu Dalkii należała de facto do władz Francji. Właścicielami Grupy Dalkia były bowiem dwa przedsiębiorstwa: EDF (Electricité de France) – 34 proc. oraz Veolia Environnement – 66 proc. EDF była pod kontrolą rządu Francji. Z Veolia Environnement sytuacja była nieco bardziej skomplikowana ponieważ akcjonariat był bardziej rozdrobniony. Niemniej sporą jego część stanowiły firmy kontrolowane przez francuskie państwo. 

Stąd już prosty wniosek, że prywatyzacja SPEC była sprzedażą polskiego przedsiębiorstwa w ręce spółki, w której znaczącą rolę odgrywały francuskie władze państwowe. Czy to nadal klasyczna forma prywatyzacja?

Co ciekawe - zebrano nawet 151 tys. podpisów Warszawiaków pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w/s prywatyzacji SPEC-u. Aby referendum mogło się odbyć konieczne było poparcie co najmniej 10 procent uprawnionych do głosowania w Warszawie, czyli ponad 130 tys. osób. Wniosek o referendum został przez władze Warszawy przyjęty i oddany do specjalnej komisji weryfikacyjnej, która miała zbadać czy złożone pod nim podpisy są prawidłowe. Co się okazało? Po blisko miesiącu intensywnych prac komisja ta stwierdziła, że ok. 40 tys. złożonych podpisów jest nieważnych i cały wniosek o przeprowadzenie miejskiego referendum można wyrzucić do śmieci. 

Mówiąc obrazowo - Hanna Gronkiewicz-Waltz wraz z warszawskimi radnymi PO sprzedali kurę znoszącą złote jaja. Kierując się wyłącznie doraźną korzyścią finansową sprywatyzowali przynoszącego spore zyski miejskiego monopolistę. Czy oni naprawdę musieli wyprzedawać wszystko co było cenne i opłacalne?!

 

Źródło: SPEC – PRYWATYZACJA PONAD PRAWEM (ZieloneWiadomosci.pl)
Źródło: „Prywatyzacja” SPEC-a. Jaka prywatyzacja? (niepoprawni.pl)
Źródło: Będzie referendum ws. prywatyzacji SPEC? PiS złożyło ponad 150 tys. podpisów w tej sprawie (GazetaPrawna.pl)
Źródło: I po referendum w sprawie SPEC (TVN24.pl)

wpis z dnia 11/12/2017

    


   

     Tylko przypomnijmy: Za rzucenie jajkiem w Komorowskiego był wyrok więzienia. Jak będzie tym razem?
wpis z dnia 9/12/2017

 

Nie rozumiem zachowania totalnej opozycji oraz przedstawicieli tzw. "ObywateliRP". Naruszają prawo, prowokują, rzucają w polityków przedmiotami, szarpią się z policjantami, a potem się dziwią, że są zatrzymywani. W takich okolicznościach ich skarżenie się na "prześladowania ze strony reżimu" jest całkowicie pozbawione sensu. Warto im wszystkim przypomnieć, że koleś który rzucił w Komorowskiego jajkiem został skazany przez Sąd Okręgowy w Warszawie na pół roku więzienia. Czy teraz będzie tak samo?

Racje ma Jan Kunert, dziennikarz Polsat News, który dziś napisał na swoim twitterze: 

 

"Kładź się plackiem przed rządowymi limuzynami, rzucaj w nie przedmiotami, blokuj legalne manifestacje, wyzywaj i szarp nieprzychylnych ci dziennikarzy, a potem lataj do mediów i wypisuj w mediach społecznościowych o brutalności policji i brunatnym rządzie".

Oglądając wczorajsze relacje spod Sejmu nie mam wątpliwości, że przedstawiciele totalnej opozycji oraz tzw. "ObywateleRP" ostro przesadzają. Prowokacje, szarpanie z policjantami, rzucanie przedmiotów w kolumnę rządowych samochodów, fizyczne ataki oraz groźby wobec dziennikarzy. - "Więcej szacunku mam do k..wy spod latarni niż do ciebie! Tamta przynajmniej wie, o co chodzi, a ty jesteś sprzedajna za nic" - powiedział wczoraj uczestnik protestu ObywateliRP do dziennikarki programu "W tyle wizji". Takie zachowanie odstrasza nawet przeciwników PiS, a dla samych agresorów przynosi skutki odwrotne od zamierzonych. 

Sejmowe protesty coraz bardziej przypominają mi zloty nawiedzonych ludzi, którzy inspirowani są czystą nienawiścią wobec innych. W takich warunkach tym większy mam szacunek dla obecnych tam policjantów, którzy nie dają się prowokować i spokojnie wykonują swoją robotę. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji, w której jakiś "wariat" postanowi "wziąć sprawy w swoje ręce" i swoim zachowaniem spowoduje jakąś tragedię. 

wpis z dnia 9/12/2017

  


 

     Rekonstrukcja, wotum, sądownictwo, a tymczasem przez Sejm przeszła ustawa podwyższająca opłaty za prąd!
wpis z dnia 8/12/2017

 

W naszym Sejmie ostatnio mnóstwo przykuwających uwagę spraw i emocji - wczoraj ostro dyskutowano na temat rekonstrukcji rządu, wotum zaufania dla premier Szydło, czy też spraw związanych z ustawami o polskim sądownictwie (KRS i SN). Te tematy nie schodziły z medialnych czołówek. W takim tłoku mało kto zauważył, że nasi posłowie uchwalili jeszcze jedną, acz bardzo ważną regulację. Mowa tu o ustawie o rynku mocy, która w sposób istotny dotknie 18 mln odbiorców energii elektrycznej i wpłynie na płacone przez nas rachunki za prąd! 

Stara polityczna zasada mówi, że jak chcesz przeforsować coś niewygodnego dla wyborców, to zrób to pod osłoną wywołujących silne emocje i skupiających pełną uwagę spraw. Takich akurat w ostatnim czasie nam nie brakowało. Wystarczy wymienić grzany już bez umiaru temat rekonstrukcji rządu, kwestię głosowania nad wotum nieufności wobec premier Szydło, czy też skupiającą uwagę większości politycznych komentatorów sprawę nowych ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym. W takim otoczeniu dość łatwo można przeforsować inne, równie ważne sprawy, jednak z jakiegoś powodu niewywołujące aż tak wielkich emocji. I chyba właśnie mieliśmy z tym do czynienia.

Dwa dni temu Sejm przegłosował bowiem ustawę o rynku mocy. O co chodzi w tej ustawie? W największym skrócie: wprowadza ona zasadę, że odbiorcy energii elektrycznej mają płacić nie tylko za zużytą energię, ale również za samą tylko gotowość do jej dostarczenia, czyli tzw. moc. Pomysłodawcy tej ustawy przekonywali, że jej przyjęcie to gwarancja bezpieczeństwa dostaw energii. Gwarancja ta ma się objawić w podwyżkach opłat OZE i przejściowej. 

W ocenie skutków regulacji do przepisów zapisano, że konsumenci (osoby fizyczne) w ciągu 10 lat zapłacą za moc blisko 7 miliardów złotych. Wszystkie wpływy z tego źródła szacowane są na prawie 27 miliardów złotych. Większość z nich zostanie przerzucona na przedsiębiorców, gdzie stawki za gotowość do dostarczenia energii będą większe niż w przypadku osób fizycznych. W efekcie może to wpłynąć na konkurencyjność polskiej gospodarki, zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, które za 4 lata będą zmuszone płacić o 520 złotych więcej za prąd rocznie. W perspektywie kolejnych 5 lat wydatki wzrosną o 625 złotych w skali roku.

I wszystko to dzieje się "pod osłoną" wywołujących wielkie emocje narracji o rekonstrukcjach, wotach czy reformie sądownictwa. W takich okolicznościach mało kto zwraca uwagę na takie "detale" jak rynek mocy i ustawa to regulująca, która finansowo dotknie wszystkich Polaków korzystających z energii elektrycznej.

 

Źródło: Kolejne podwyżki cen prądu. Sejm przyjął ustawę o rynku mocy (SuperBiz.se.pl)
Źródło: Prąd może podrożeć przez ustawę o rynku mocy (RMF24.pl)

wpis z dnia 8/12/2017

    


    

     Coraz mniej kasy na rachunkach budżetowych kraju. W 5 miesięcy saldo obniżyło się o 32,4 proc. z 85 do 57,4 mld zł!
wpis z dnia 7/12/2017

 

Ministerstwo Finansów opublikowało wczoraj comiesięczny odczyt stanu środków złotowych i walutowych ewidencjonowanych na rachunkach budżetowych naszego kraju. Okazało się, że na koniec listopada stan ten wynosił 57,4 mld zł i był najniższy w tym roku. Szczególnie niepokojące może się wydawać tempo spadku tego stanu. Jeszcze na koniec czerwca wynosił on bowiem 85 mld zł, a to oznacza spadek aż o 32,4 proc.! Czy Ministerstwo Finansów przeprowadza obecnie jakieś gigantyczne operacje finansowe?

Środki, które są gromadzone na rachunkach budżetowych Ministerstwa Finansów służą przede wszystkim do obsługi bieżącego zadłużenia kraju oraz realizacji innych wydatków budżetowych naszego państwa. Uwzględniając całkowite zadłużenie Polski (obecnie to 941 mld zł) oraz fakt, że co roku wymagalność (czyli stan, w którym pożyczone pieniądze należy zwrócić) osiąga od kilkudziesięciu do stu-kilkudziesięciu mld zł długu, posiadanie na rachunkach budżetowych gigantycznych kwot pieniędzy jest konieczne dla zachowania wypłacalności wobec wierzycieli.

Niepokój może się pojawić, gdy saldo rachunków budżetowych w dość krótkim czasie zaczyna istotnie się obniżać. A w tym roku mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją. Warto odnotować, że jeszcze na koniec czerwca stan środków finansowych zgromadzonych na rachunkach budżetowych wynosił 85,1 mld zł. Po pięciu miesiącach (koniec listopada) obniżył się do poziomu 57,4 mld zł, co oznacza spadek aż o 32,4 proc.

 

Stan środków złotowych i walutowych ewidencjonowanych na rachunkach budżetowych naszego kraju w 2017 roku (info na koniec danego miesiąca):

styczeń - 67,1 mld zł
luty - 73,8 mld zł
marzec - 70,5 mld zł
kwiecień - 73,7 mld zł
maj - 76,3 mld zł
czerwiec - 85,1 mld zł
lipiec - 78,3 mld zł
sierpień - 75,7 mld zł
wrzesień - 75,0 mld zł
październik - 64,2 mld zł
listopad - 57,4 mld zł

 

Co się obecnie dzieje z pieniędzmi na rachunkach budżetowych? Czy sytuacja, w której w ciągu 5 miesięcy saldo tych rachunków obniża się o 1/3 jest sytuacją zupełnie normalną i nie powinniśmy się tym przejmować?

 

Źródło: Stan środków w PLN i walutowych na koniec XI spadł do 57,4 mld zł - MF (PAP.pl)

wpis z dnia 7/12/2017

  


   

     Stare układy zastąpiono nowymi. Jak władze kierują strumieniem pieniędzy do "swoich"
wpis z dnia 6/12/2017

 

Historia kontraktu na realizację kampanii "Sprawiedliwe sądy" do złudzenia przypomina sprawę CAM Media za rządu PO-PSL. Wówczas to firma związana z politykami PO za pieniądze MSZ również miała promować Polskę. Duża umowa dla byłych speców od wizerunku PiS (mówi się o kwocie 1 mln 191 tys. zł) pokazuje, że hasło "Niech zostanie tak jak było" okazało się być prawdziwe. Jednak zamiast do sądów odnosi się ono bardziej do kwestii wyciągania pieniędzy podatników (lub spółek Skarbu Państwa) dla swoich ludzi.

Przypomnijmy - podczas wcześniejszych kampanii wyborczych zajmująca się marketingiem spółka CAM Media często pracowała dla polityków Platformy Obywatelskiej, m.in. Pawła Grasia i Sławomira Nowaka. Po wygranych przez PO wyborach zaczęła otrzymywać zlecenia z ministerstwa spraw zagranicznych na promowanie Polski. Gdy media ujawniły te powiązania, będący wówczas w opozycji politycy PiS nie kryli swojego oburzenia. Niektórzy z nich sugerowali nawet powołanie specjalnej komisji śledczej.

Teraz, gdy to ludzie powiązani z PiS dostają intratne kontrakty na realizacje zleceń "promocyjnych" politycy PiS nabierają wody w usta. Sekwencję wydarzeń świetnie opisał Jan Kunert:

1. Wspierali PIS w wyborach. Dostali pracę w KPRM.
2. Rząd powołał Polską Fundację Narodową.
3. Założyli spółkę "Solvere".
4. Zostali zwolnieni z KPRM.
5. Polska Fundacja Narodowa zleciła prowadzenia kampanii o sądach spółce "Solvere" za ponad milion złotych.

Po opublikowaniu tekstu Andrzeja Gajcego o sowitym kontrakcie dla "Solvere", Polska Fundacja Narodowa (która stoi za kampanią "Sprawiedliwe sądy") wystosowała oświadczenie. Stwierdziła w nim, że: "Wydatki na projekt >> Sądy << w ramach programu >> Sprawiedliwość << do dnia 5 grudnia 2017 wyniosły nie więcej niż 9 mln zł". Zarząd PFN napisał ponadto, że artykuł Gajcego został oparty na dokumencie, w którym "przedstawiono kwoty planowane wg. kosztorysu z 20 września 2017 r., a faktycznie później nie wydatkowane". 

Nawet, jeśli Gajcy popełnił tekst na bazie "planowanego kosztorysu" (sam autor twierdzi jednak, że widział 4 faktury i wszystkie informacje są zgodne z dokumentami, do których dotarł) i spółka "Solvere" nie dostała od PFN kwoty 1 mln 191 tys. zł, to pewne jest to, że otrzymała co najmniej 240 tys. zł. Potwierdził to wiceprezes PFN Maciej Świrski w rozmowie z RMF FM jaka miała miejsce 14 września br. I to już mi wystarczy, aby stwierdzić, że nowe układy zastąpiły stare, a hasło "Niech zostanie tak jak było" okazało się być jak najbardziej prawdziwe, jednak nie co do kwestii sądów lecz wyciągania publicznych pieniędzy (ewentualnie pieniędzy spółek Skarbu Państwa) dla swoich ludzi.

 

Źródło: Andrzej Gajcy (Twitter.com)
Źródło: Szokujące dane! Dla Cam Media – firmy znajomych ministra Nowaka znalazło się w ministerstwach ponad 51 mln zł (wPolityce.pl)
Źródło: Jan Kunert (Twitter.com)
Źródło: Suty kontrakt dla ludzi PiS. Ujawniamy faktury za kampanię "Sprawiedliwe sądy" (Onet.pl)

wpis z dnia 6/12/2017

    


  

     Niemcy najmocniej w Europie naruszają wspólnotową politykę klimatyczną. I co? I nic, bo to Niemcy
wpis z dnia 5/12/2017

 

Fenomenem naszego kraju jest to, że od 1988 r. udało nam się zredukować emisje dwutlenku węgla o około 30 proc., a jednocześnie zwiększyliśmy swoje PKB siedmiokrotnie. Pod względem tempa redukcji emisji Polska zajmuje obecnie 2. miejsce w Europie (tuż za Wlk. Brytanią). Uchodząca za "wzorzec do naśladowania" gospodarka Niemiec w tej klasyfikacji zajmuje dopiero odległe 14. miejsce. Nasi zachodni sąsiedzi, mimo iż wyraźnie naruszają europejską politykę klimatyczną, nie ponoszą za to żadnych konsekwencji. Dlaczego?

Fakty są następujące - nasz zachodni sąsiad emituje do atmosfery ponad 2,5 razy więcej dwutlenku węgla niż Polska. Także w przeliczeniu na głowę jednego mieszkańca wynik Niemiec jest wyraźnie gorszy (na 1 Niemca przypada emisja 9,04 tony CO2 w ciągu roku, a na 1 Polaka - 7,15 tony CO2). 

Do tej pory Niemcy mieli świetny pijar, jeśli chodzi o wybielanie swojej odpowiedzialności za ilość emitowanego do atmosfery CO2, a jednocześnie ochoczo uprawiali czarną propagandę, której celem było przerzucenie tej odpowiedzialności na inne państwa (w tym przede wszystkim na Polskę). Czasy jednak się zmieniają i nawet podatne na niemieckie narracje organizacje ekologiczne zaczynają dostrzegać, jaka jest rzeczywista odpowiedzialność naszego zachodniego sąsiada w zakresie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Organizacja "Energia dla Ludzkości" nie ma wątpliwości, że uprawiana przez Niemcy polityka "Energiewende" uzależniła ten kraj od węgla, przez co Niemcy w sposób najbardziej zauważalny naruszają dziś politykę klimatyczną w Europie. 

Bycie niekwestionowanym liderem emisji CO2 w Europie oraz spalanie blisko połowy węgla, jaki zużywa cała UE, nie niesie jednak ze sobą żadnych konsekwencji polityczno-gospodarczych dla Berlina. Skoro tak, to dobrze by było, gdyby brukselscy eurokraci odczepili się od polskich kopalni i polskich elektrowni. Skoro emitujące znacznie więcej Niemcy mogą to robić, to dlaczego emitująca znacznie mniej Polska miałaby się w sposób specjalny ograniczać?

 

Źródło: Niemcy w klimatycznym klinczu (Rp.pl)
Źródło: PKEE: Polska światowym liderem w redukcji emisji CO2 (Wnp.pl)

wpis z dnia 5/12/2017

    


  

     Jak kraść to miliony: Wyłudził 425 mln zł. Sąd w wyroku nakazał mu zwrócić jedynie 54 mln!
wpis z dnia 4/12/2017

 

Ta historia pokazuje, jak bardzo opłacało się w Polsce kraść na wielką skalę. Nawet bowiem, gdy kogoś łapali, to wymierzane przez sądy kary były nieproporcjonalnie niskie. Józef Jędruch w latach 90-tych założył spółkę Colloseum, która stała się platformą do gigantycznych wałków. W toku swojej przestępczej działalności biznesmen wyłudził łącznie 425 mln zł. Co istotne - orzekający prawomocnie w sprawie Jędrucha sąd nakazał mu zwrócić jedynie 54 mln zł, a dodatkowo złagodził mu karę więzienia (z 8 do 6 lat). Jak kraść to miliony!

Józef Jędruch uchodził za "złote dziecko" śląskiego biznesu. W 1996 roku, jako 24-letni student prawa, założył Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjne (KFI) Colloseum. Początkowo firma ta handluje samochodami. Z czasem rozwija swoją działalność i zaczyna handlować wierzytelnościami. W tej też branży Jędruch zaliczył największe wałki. 

Pod koniec lat 90. Będziński Zakład Elektroenergetyczny (BZE) był winien Polskim Sieciom Elektroenergetycznym (PSE) setki milionów złotych za dostarczoną energię elektryczną. Nagle pojawia się KFI Colloseum, które rozpoczyna negocjacje w sprawie obsługi tych wierzytelności oraz podejmuje temat oddłużenia BZE. Jędruch oraz główny księgowy BZE wpadają na "genialny" plan. Poprzez wystawianie weksli bez pokrycia "wykupują" od PSE dług BZE. Następnie część tego długu umarzają, a resztę - tj. ok. 345 mln zł - z czasem odzyskują od BZE.

O sprawie szybko zrobiło się głośno, a Jędruchowi z tego powodu grunt zaczął palić się pod nogami. W 2002 roku postanawia zbiec z Polski, aby uniknąć aresztowania. W lipcu 2003 roku Jędruch zostaje zatrzymany w Izraelu, gdzie próbował zdobyć obywatelstwo tego kraju (by przyspieszyć proces uzyskiwania obywatelstwa, a tym samym uniknąć ekstradycji, wziął nawet ślub z obywatelką Izraela). Zostaje przewieziony do Polski i trafia do aresztu, gdzie spędzi kolejne cztery lata i siedem miesięcy. W 2007 roku zostaje zwolniony z aresztu. Okazuje się bowiem, że 80-letnia Amerykanka wpłaca w jego imieniu gigantyczną kaucję w wysokości 3 mln zł.

Proces w sprawie wyłudzenia 425 mln zł na szkodę Będzińskiego Zakładu Elektroenergetycznego (BZE) oraz Polskim Sieciom Elektroenergetycznym (PSE) rozpoczął się w 2006 roku, a ostatecznie - prawomocnym wyrokiem sądu apelacyjnego - zakończył się w lutym 2013 roku. W orzeczeniu tym sąd nakazał Jędruchowi zwrócić jedynie 54 mln zł! Ponadto złagodził mu wysokość kary więzienia orzeczoną w pierwszym wyroku z 2011 roku. Zamiast 8 lat "paki" Jędruch otrzymał tylko 6 lat. Miało to wielkie znaczenie w kontekście tego, że twórca KFI Colloseum już 4 lata i 7 miesięcy spędził w areszcie, który to okres policzono mu w poczet kary więzienia. W efekcie powyższego Jędruch, tuż po ogłoszeniu wyroku przez sąd apelacyjny, mógł się ubiegać o przedterminowe zwolnienie (odbył już 2/3 kary) i do więzienia już nigdy nie wrócił. 

Ta historia pokazuje, jak bardzo opłacało się w Polsce kraść na wielką skalę. Kara 4 lat i 7 miesięcy więzienia oraz nakaz zwrotu tylko 54 mln zł za wyłudzone 425 mln zł, to bardzo korzystny deal. Też wszedłbym w to w ciemno.

 

Źródło: Szef Colloseum był oszustem. Finał największej afery gospodarczej w historii Górnego Śląska (Wyborcza.pl)
Źródło: Afera Colloseum (AferyFinansowe.pl)

wpis z dnia 4/12/2017

    


   

     Jest decyzja ws. budowy na Wiśle nowej tamy i elektrowni wodnej. Protesty ekologów za 3, 2, 1...
wpis z dnia 2/12/2017

 

Wszystko wskazuje na to, że niebawem w okolicach Włocławka będziemy mieli prawdziwy wysyp ekologów, a urzędy i ministerstwa zostaną zalane falą oficjalnych protestów i skarg. Wszystko przez porozumienie, jakie wczoraj podpisali ministrowie środowiska, żeglugi śródlądowej oraz energii. Chodzi o budowę na Wiśle nowej tamy i elektrowni wodnej, która ma odciążyć starą tamę we Włocławku, zmniejszyć ryzyko powodziowe oraz zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne kraju wykorzystując odnawialne źródło energii. Niestety, ekolodzy zapowiadają totalną blokadę tej inwestycji.

Ministrowie środowiska, gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej oraz energii podpisali wczoraj porozumienie w sprawie budowy na Wiśle w miejscowość Siarzewo niedaleko Włocławka nowej tamy oraz elektrowni wodnej. Inwestycja ta ma spełnić trzy podstawowe cele: 1) odciążyć z eksploatacji starą tamę we Włocławku, 2) zmniejszyć ryzyko powodziowe w regionie oraz 3) zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne za pomocą czystego źródła energii. 

W ramach tej inwestycji ma powstać m.in. jaz o 15 przęsłach, elektrownia wodna o mocy ok. 80 MW, śluza żeglowna z miejscami do postoju jednostek pływających i lodołamaczy, koryto obejścia stopnia (o charakterze zbliżonym do naturalnej rzeki), dwie przepławki dla ryb, czy urządzenia do spływu ryb w dół rzeki. Wszystko ma kosztować około 2,2 mld zł, a realizatorem projektu będzie państwowa Energa.

Co istotne - w regionie województwa kujawsko-pomorskiego jest zgoda ponad politycznymi podziałami co do tego, że nowy stopień wodny musi powstać. Wszyscy posłowie i senatorowie z okręgu toruńsko-włocławskiego skupieni w Kujawsko-Pomorskim Zespołem Parlamentarnym, niezależnie od tego czy są z PiS czy z PO, w sprawie budowy nowej tamy i elektrowni wodnej w Siarzewie mówią jednym głosem.

Niestety, tak jak w przypadku niemal każdej strategicznej dla Polski inwestycji, także i tutaj możemy się spodziewać wysypu protestujących ekologów, którzy już wcześniej zapowiadali, że zrobią wszystko co mogą, aby do budowy na Wiśle nowej tamy i elektrowni nie doszło. Szlak, po którym płyną rybki jest bowiem ważniejszy od zdrowia i życia mieszkańców Włocławka i okolic, gdzie stara tama nie gwarantuje już 100-procentowego bezpieczeństwa.

 

Źródło: MŚ: Jest porozumienie ws. budowy stopnia wodnego Siarzewo, koszt to 2,2 mld zł (Stooq.pl)
Źródło: Ekolodzy chcą wstrzymać budowę tamy na Wiśle (Wyborcza.pl)

wpis z dnia 2/12/2017

   


  

     Jak za rządów SLD-UP projekt gazociągu norweskiego uwalono. Chwilę później ruszyła budowa Nord Stream
wpis z dnia 1/12/2017

 

Polska już 10 lat temu mogła uniezależnić się od dostaw drogiego gazu z Rosji i uprzedzić budowę Nord Streamu. Było to możliwe, gdyby w 2003 roku rząd Leszka Millera (SLD) nie pozwolił na wygaszenie zawartej dwa lata wcześniej przez rząd Buzka (AWS) umowy w sprawie budowy położonego na dnie Bałtyku gazociągu z Norwegii. Warto podkreślić, że wkrótce po tym koncerny z Rosji i Niemiec ogłaszają plan budowy własnego gazociągu na dnie Bałtyku omijającego łukiem nasz kraj i utrudniającego w przyszłości powrót do koncepcji budowy Baltic Pipe...

Przypomnijmy - rząd Jerzego Buzka (AWS), jako pierwszy rząd w historii III RP, podjął się realnej próby zdywersyfikowania źródeł dostaw gazu ziemnego do Polski. Celem miało być choćby częściowe uniezależnienie się od surowca dostarczanego przez rosyjski Gazprom. We wrześniu 2001 roku, po kilkunastu miesiącach negocjacji na szczeblu międzypaństwowym, PGNiG podpisało z 5 norweskimi firmami umowę na budowę gazociągu biegnącego po dnie Bałtyku oraz dostawy 74 mld metrów sześciennych gazu ziemnego, który miał być dostarczony do Polski w latach 2008 - 2024. 

Przekleństwem tej umowy było to, że została ona podpisana na kilka tygodni przed wyborami parlamentarnymi, które padły łupem koalicji SLD-UP. Premierem kraju zostaje Leszek Miller - były członek PZPR, który od samego początku deklarował niechęć do umowy dotyczącej gazociągu norweskiego i podważał sens jej istnienia. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Spółka PGNiG, która była formalną stroną umowy z Norwegami, jest kontrolowana przez Skarb Państwa. To oznacza, że we władzach tej spółki zasiadają ludzie z nadania partii, która aktualnie rządzi w kraju. Nowy zarząd PGNiG szybko uznał, że realizacja kontraktu norweskiego jest pozbawiona sensu. Zaczęto wówczas forsować narrację, że w obliczu funkcjonującego kontraktu z Rosjanami, Polska nie będzie w stanie przyjąć rocznie dodatkowych 8 mld metrów sześciennych gazu z Norwegii w ramach dostaw, których realizacja miała się rozpocząć od 2008 roku.

W tzw. międzyczasie (luty 2003 rok) wicepremier Marek Pol (UP) zgodził się na zawarcie z Gazpromem nowej umowy na dostawy gazu z Rosji, którą Najwyższa Izba Kontroli uznała później za "niezgodną z interesem Polski". Szczegóły tej transakcji opisuje na swojej stronie poseł PO Bogusław Sonik: >> "W trakcie renegocjacji warunków dostaw gazu z Rosji doszło do rażących naruszeń ustawy z 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych, za co główną odpowiedzialność ponoszą: premier Leszek Miller oraz wicepremier Marek Pol, a także minister gospodarki Jacek Piechota. Renegocjacje niekorzystnego dla Polski kontraktu na dostawy gazu z Rosji, doprowadziły do dalszego faktycznego ograniczenia możliwości dywersyfikacji". W pokontrolnym raporcie NIK napisano dalej: "Analiza poszczególnych rozwiązań zawartych w protokole wskazuje na zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju oraz niedostateczną ochronę interesów strony polskiej" <<.

Zawarcie nowego, niekorzystnego z punktu widzenia interesów Polski, kontraktu gazowego z Rosją było de facto gwoździem do trumny dla gazociągu norweskiego. W obliczu faktów dokonanych 2 grudnia 2003 roku zarząd kontrolowanego przez rząd SLD-UP PGNiG wydał następujący komunikat: 

"Wobec braku możliwości realizacji sprzedaży gazu na rynki skandynawskie, które miały wynosić ok. 3 mld m3 rocznie oraz braku możliwości ulokowania na rynku polskim dodatkowej ilości ok. 5 mld m3 gazu ziemnego rocznie, nie zostały spełnione podstawowe założenia ekonomiczne przedsięwzięcia. Dlatego też strony uznały, że brak jest przesłanek do realizacji umowy z dnia 03.09.2001 r."

Projekt gazociągu na dnie Bałtyku, łączącego Norwegię z Polską, legł w gruzach. Co ciekawe - wkrótce po tym jak został on uwalony, koncerny z Rosji i Niemiec ogłaszają plan budowy własnego gazociągu na dnie Bałtyku...

 

Źródło: Od 2008 roku norweski gaz popłynie do Polski (Parkiet.com)
Źródło: Gazowy szantaż (BoguslawSonik.pl)
Źródło: Gazowy wybór Polski. Surowiec z Norwegii (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 1/12/2017